We wtorkowym wydaniu „Naszego Dziennika” zamieszczono artykuł red. Rafała Stefaniuka pod tytułem „Uniknąć kryzysu”.
Zawiera on kilka niepokojących informacji na temat polskiej
energetyki. Można w nim przeczytać m.in. o rekordowym poziomie, który
osiągnęła wycena energii elektrycznej na rok 2023. W zeszłym roku cena
za dostawę prądu na przyszły rok wynosiła 360 zł za megawatogodzinę.
Teraz jest to już nawet 1635 zł za megawatogodzinę. Gość „Aktualności
dnia” potwierdził prawdziwość informacji zawartych w artykule. Wyjaśnił,
z czego biorą się tak ogromne ceny energii.
– Biorą się przede wszystkim z zawirowań na
rynku, ale w tle jest transformacja energetyczna, która spowodowała cały
ciąg zdarzeń. (…) Te ceny nie są niczym uzasadnione. (…) Dzisiaj
kopalnie sprzedają elektrowniom tonę węgla za ok. 400 złotych. Gdyby to
przeliczyć i wziąć nawet te olbrzymie opłaty za emisję, to mamy cenę ok.
600 złotych. To jest cena, po której jest produkowane 70 proc. energii w
Polsce – zwrócił uwagę prof. inż. Władysław Mielczarski.
Obecna cena wynosi więc znacznie więcej, niż nawet gdyby elektrownie
kupowały węgiel po znacznie wyższych cenach, których zresztą domagają
się polscy górnicy. Co więcej, nawet kupno węgla z Niemiec nie
podwyższyłoby ceny energii do takiego poziomu, z jakim mamy do czynienia
teraz. Zły jest więc cały mechanizm sprzedaży energii.
– Głównym mechanizmem, który tak napędza ceny w
Polsce, jest monopol giełdowy. W 2017 r. wprowadzono monopol giełdowy.
Tak do końca nie wiadomo, dlaczego to zrobiono, ponieważ rynek to jest
swoboda handlu. Wszyscy sprzedawcy muszą sprzedawać na giełdzie i
wszyscy odbiorcy czy kupujący muszą kupować na giełdzie. Na giełdzie
obowiązuje specjalny mechanizm ustalania cen, że cena na dany kwartał,
dzień czy dany kontrakt w grupie kontraktów liczy się z najwyższej
oferty, która jest złożona (to jest tzw. podłoga, „floor”, jak to oni
nazywają), więc ci, którzy handlują na giełdzie, doskonale opanowali ten
mechanizm i wystarczy złożyć niewielką ofertę wolumenowo,
energetycznie, ale z wysoką ceną. Ta jedna oferta ustawi cenę dla
wszystkiego, dla całej pozostałej energii. Z tego nie można wyjść – wyjaśnił ekspert.
Drugim czynnikiem napędzającym ceny na giełdzie jest to, że kupujący muszą składać depozyty.
– Te depozyty są olbrzymie, za całą energię,
którą mogą kupić. W związku z tym oni muszą zaciągać kredyty, wpłacać na
giełdę depozyty. To ich bardzo dużo kosztuje, więc te depozyty również
bardzo mocno podnoszą ceny. Nie chcę mówić o manipulacjach, bo na pewno
giełda nie manipuluje, chociaż trudno mówić o uczestnikach, ale np.
Warsaw Enterprise Institute, czyli Warszawski Instytut Gospodarki
wyraźnie o tym mówi – zwrócił uwagę gość „Aktualności dnia”.
Opierając się na analizach stwierdził, że zniesienie monopolu giełdowego obniżyłoby ceny energii nawet o 20-30 procent.
– To jest pierwszy ruch, jaki można wykonać bardzo szybko, praktycznie z dnia na dzień, bo to nie jest wielka sprawa – wskazał.
Niestety, ceny energii podnosi też proces transformacji energetycznej. W tym aspekcie trudno przeciwdziałać rosnącym kosztom.
Prawdziwy problem może zacząć się jednak w 2025 r., gdyż od lipca
tego roku przestaną działać elektrownie niemające kontraktów mocowych.
Wskutek tego może zabraknąć prądu.
– Roczne braki energii w 2026, 2027 r. mogą
sięgać ok. 600 godzin. To jest ok. miesiąca. Oczywiście nie stanie się
tak, że wszystkim – kolokwialnie mówiąc – wyłączą światło, ale zostaną
wprowadzone bardzo restrykcyjne przepisy. W tej chwili mało kto o tym
wie, ale jest nowe rozporządzenie o stopniach zasilania – szalenie
restrykcyjne, ponieważ w 2015 r. też brakowało energii i wówczas
odbiorcy nie stosowali się do tych przepisów i niewiele można było z tym
zrobić, więc w związku z tym poprawiono to rozporządzenie. Ono jest
bardzo szczelne, bardzo restrykcyjne. Będą wprowadzone stopnie
zasilania. One są od stopnia dziesiątego do dwudziestego. Określone
grupy przemysłu muszą redukować zużycie. To oznacza redukcję produkcji,
to oznacza mniejsze przychody, to oznacza większe bezrobocie. Ale
później przychodzi stopień dwudziesty. Stopień dwudziesty oznacza to, że
operatorzy mają bez informowania odbiorców wyłączać zasilanie energią
elektryczną. Mieliśmy to w latach 70-tych. Ten mechanizm jest doskonale
znany i nazywa się rotacyjne wyłączenia – tłumaczył rozmówca Radia Maryja.
Zaznaczył, że jest to bardzo złe rozwiązanie. Istnieje jednak jeszcze
jeden, ostatni etap obrony systemu energetycznego, który odcina dostawy
prądu na jeszcze większych obszarach.
– Ostatnim szańcem obrony systemu są tzw.
zabezpieczenia podczęstotliwościowe, bo kiedy brakuje energii, spada
częstotliwość. One są zainstalowane głównie – nie chcę użyć słowa „na
prowincji” – poza dużymi miastami. One wtedy automatycznie wyłączają
całe obszary, np. pół Lubelskiego czy też Podlaskiego. One działają poza
dyspozycją operatora. Operatorzy tylko widzą, że zadziałało takie
zabezpieczenie. Obawiam się, że tak to będzie – zwrócił uwagę prof. inż. Władysław Mielczarski.
Do tego czasu nie da się wybudować nowych elektrowni, ponieważ proces ten trwa ok. 10 lat i wymaga szeregu różnych pozwoleń.
Pomimo tak oczywistego zagrożenia, Polski rząd dalej brnie w politykę
transformacji energetycznej. Tylko w tym roku na zamykanie kopalń
poświęcone zostanie sześć miliardów złotych.
– Mało tego – to zamykanie jest niszczycielskie.
Miesiąc temu wysadzono w powietrze dwa szyby – w przeciwieństwie np. do
Niemców, którzy też zamykali kopalnie, ale oni je konserwowali – wskazał rozmówca Radia Maryja.
W każdej chwili mogą je dzięki temu uruchomić, co zresztą robią.
Ekspert zaznaczył, że za bardzo poddaliśmy się polityce klimatycznej
Unii Europejskiej.
– Unia właściwie popełnia energetyczne i gospodarcze samobójstwo – zauważył.
Większość krajów unijnych utrzymuje się bowiem z eksportu, a będące
skutkiem transformacji energetycznej zwiększenie cen energii (wliczanych
w ceny produktów) zniszczy konkurencyjność gospodarek krajów UE na
rynkach zagranicznych.
– Tam jest mnóstwo silnych graczy, takich jak Stany Zjednoczone, Chiny, Indie, którzy tylko czekają na osłabienie Unii – mówił prof. inż. Władysław Mielczarski.
Oznajmił, że trwanie przy idei transformacji energetycznej jest dla niego niezrozumiałe.
Szkodliwą politykę energetyczną zdaje się dodatkowo wykorzystywać
Rosja. Nie jest to nic dziwnego – bowiem akcja rodzi reakcję, a kraj, na
który nałożono sankcje, będzie się przed nimi bronił. Tak też jest w
przypadku rosyjskich nacisków na Niemcy, które obecnie są w posiadaniu
wyremontowanej turbiny gazociągu Nord Stream 1. Jeżeli ulegną i przekażą
ją Rosji, złamią sankcje i będą podlegać karze. Kiedy zaś Rosja sama
zdoła odzyskać turbinę, zostaną nałożone dodatkowe sankcje. Tworzy to
sytuację bez wyjścia, a taki stan rzeczy w istocie odpowiada Rosji, bo
dzięki temu może ona wywrzeć nacisk na Niemcy, by uruchomiony został
Nord Stream 2.
Niepokoi też aspekt gazu. Pomimo zapewnień, że nie zabraknie tego
surowca, to w istocie Polska jest w tej kwestii bardzo mocno zależna od
Niemiec, ponieważ Baltic Pipe, na którym Polska zamierza polegać, nie
jest bezpośrednio połączony z Norwegią, ale z niemieckim rurociągiem.
Ten zaś przesyła już 120 proc. swojej maksymalnej pojemności do Niemiec.
Całość rozmowy z prof. inż. Władysławem Mielczarskim jest dostępna [tutaj].
radiomaryja.pl