Klimczak kieruje bankiem, który jako jedyny w Polsce
uczestniczy w programie Prosument. To program, dzięki któremu można
dostać dofinansowanie zakupu i montażu małej instalacji lub
mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii elektrycznej dla osób
fizycznych oraz wspólnot lub spółdzielni mieszkaniowych. Budżet programu
to 800 mln zł i podzielony jest na trzy części - pieniądze
dystrybuowane przez banki, wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i
gospodarki wodnej oraz jednostki samorządu. W części przewidzianej dla
banków, NFOŚiGW zaplanował w 2015 r. 200 mln zł. Wypłata środków została
podzielona na transze. Maksymalna wysokość pierwszej transzy wynosiła
20 mln zł i tyle też otrzymał BOŚ Bank. Już kilka dni po rozpoczęciu
naboru przez BOŚ transza się wyczerpała. Dotąd do banku wpłynęło ponad
1600 wniosków na sumę ok. 60 mln zł. Zgodnie z zasadami programu, o II
transzę BOŚ może wystąpić wtedy, gdy wykorzysta 80 proc. poprzedniej.
"Oczywiście, zamierzamy o dodatkowe środki wystąpić" - mówi PAP Klimczak.
Prosument
(czyli, jednoczesny producent i konsument energii) w polskiej
przestrzeni publicznej na dobre zagościł przy okazji ustawy o OZE, która
ostatecznie - po pięciu latach procedowania - została przyjęta przez
sejm w br. Tyle, że w wersji, której przeciwny był rząd. Chodzi o tzw.
poprawkę Bramory (Artura, posła PSL), czyli poprawkę prosumencką.
Zakłada ona specjalne taryfy wyższe niż rynkowe, po których właściciele
najmniejszych instalacji OZE mogliby sprzedawać nadwyżki wyprodukowanej
przez siebie energii. Przepis ten dzieli prosumentów na dwie grupy.
Najmniejsze instalacje do 3 kW i te od 3kW do 10 kW. W przypadku tych
pierwszych wsparcie miałoby wynieść ok. 75 gr na kWh w ciągu piętnastu
lat, w przypadku drugiej 40-70 gr/kWh. Rząd sprzeciwiał się tym zapisom
twierdząc, że wsparcie zbytnio obciąży pozostałych odbiorców energii.
Mimo, że ustawa w części weszła już w życie, rząd nie złożył broni i
ustawa - w tym zapisy dotyczące wsparcia - będą nowelizowane.
W
dyskusji pojawiał się argument, że bardziej opłacalne będzie
produkowanie energii nie na własne potrzeby, ale na sprzedaż. Grupa
przedsiębiorczych i zamożnych obywateli (wskazywano, że ceny
mikroinstalacji, czy to paneli fotowoltaicznych, czy wiatraków to
kilkadziesiąt tys. zł, więc takie inwestycje to raczej oferta dla
zamożnych) zrobi dobry interes kosztem innych.
Pytany o profil
prosumenta Klimczak zastrzega, że to dopiero początek programu. "Jeżeli
spojrzymy na wnioski - na rodzaj inwestycji, których dotyczą - to widać,
że są one planowane z głową, zgodnie z profilem zużycia energii w
gospodarstwie. Większość z nich - ok. 90 proc. - to wnioski dla
instalacji od 3 kW do 10 kW. Zwykle są to instalacje o mocy ok. 4,5 kW.
Ludzie przede wszystkim myślą o wykorzystaniu wyprodukowanej energii na
własne potrzeby" - powiedział. Jak dodał, wnioskodawcy są przede
wszystkim zainteresowani instalacjami fotowoltaicznymi.
Wniosków
dotyczących większych instalacji, powyżej 10 kW jest niewiele. Ale i w
tych przypadkach widać, że ich instalacja jest podyktowana realnymi
obliczeniami, bowiem dotyczą one większych gospodarstw.
Prezes
BOŚ Banku podkreśla, że do prosumenckich inwestycji ludzie podchodzą
kierując się przede wszystkim kryteriami ekonomicznymi.
"Liczą,
czy im się to opłaca, analizują wszystkie za i przeciw. Widać, że są to
decyzje przemyślane. Dodatkowo podkreślają, że chcą mieć pozytywny wpływ
na środowisko, chcą być zdrowi, oddychać czystym powietrzem" -
zaznaczył.
Pytany o zasobność potencjalnych prosumentów, jako
tych którzy zamierzają robić biznes kosztem innych, Klimczak rozwiewa
wątpliwości. "To właściciele domów, ale to wcale nie oznacza, że polscy
prosumenci są grupą ludzi szczególnie majętnych. Mają raczej standardowe
dochody. Stawiają na oszczędności w budżecie domów, zależy im na
obniżeniu kosztów utrzymania, w tym oczywiście rachunków za energię" -
powiedział.
"To absolutnie nie jest pomysł na biznes. Załóżmy, że ktoś
funduje sobie instalację za ok. 60 tys. zł i zamierza zarabiać na
wyprodukowanym przez siebie prądzie. Przy wsparciu w postaci stałych cen
odsprzedaży prądu i pod warunkiem, że nie zużywa go na potrzeby własne,
może zarobić ok. 5 tys. zł rocznie. Czyli, inwestycja zwróci mu się po
12 latach. Za to dla przeciętnego Kowalskiego, który miesięcznie wydaje
na energię elektryczną i ciepło 300 - 400 zł, możliwość zaoszczędzenia
tej sumy to znacząca korzyść" - dodał. "Warto spojrzeć na uzyskane w ten
sposób oszczędności znacznie szerzej. Więcej pieniędzy w domowych
budżetach rodzin to szansa na większy popyt wewnętrzny, a co za tym
idzie korzyści dla całej gospodarki" - argumentował.
Prezes
Klimczak zwraca też uwagę na aspekt związany z podniesieniem zdolności
kredytowej Polaków. "Posiadanie w budżecie domowym dodatkowych 300 - 400
zł ma istotny wpływ na zdolność kredytową rodzin. Dziś przeciętną
polską rodzinę stać na kupno mieszkania na kredyt o powierzchni nie
przekraczającej 35 metrów kwadratowych. Można to zmienić. Tysiące
polskich rodzin mogłoby wprowadzić się do własnego, np. ok. 100
metrowego, domu jednorodzinnego" - dodaje.
Kluczem są tu
oszczędności. Oceniając zdolność kredytową bank bierze cykliczne wydatki
na życie, w tym na energię cieplną, elektryczną. Oznacza to, że
zdolność kredytowa czteroosobowej rodziny z dochodem netto 3,9 tys. zł, w
zależności od rodzaju tradycyjnego źródła ciepła zainstalowanego w domu
wynosi 120-140 tys. zł.
"Jednak w przypadku domu
zeroenergetycznego, zdolność kredytowa wzrasta do ok. 240 tys. zł, bo
nie ma kosztów energii i ogrzewania. Przy minimalnym wkładzie własnym
oraz możliwych dotacjach do proekologicznych rozwiązań, przeciętną
polską rodzinę może być już stać na niewielki 100 metrowy dom. Biorąc
pod uwagę niskie stopy procentowe, to jest bardzo dobry moment żeby
takie rozwiązania, które dotąd były stosowane przez bogatych,
upowszechnić" - zaznaczył.
Dom zeroenergetyczny to taki, w którym
zastosowane są nowe ekologiczne rozwiązania do ogrzewania pomieszczeń i
wody, dostarczania energii, czyli właśnie instalacje fotowoltaiczne,
pompy ciepła, solary. Jego koszty budowy są niewiele wyższe od
tradycyjnego domu, w którym źródłem ciepła jest np. kocioł gazowy, a
energia elektryczna jest pobierana wyłącznie z sieci.
W
Niemczech, które są europejskim liderem prosumentyzmu, funkcjonuje 2 mln
prosumentów pozyskujących energię elektryczną głównie z instalacji
fotowoltaicznych, a łączna moc OZE w tym kraju wynosi ok. 36 GW. W całej
Europie szacuje się, że liczba producentów zielonej energii wynosi 10
mln. W Polsce prosumentyzm jest w powijakach, ale powoli narasta
zainteresowanie zieloną energią.
"Jeśli to będzie opłacalne, to
ten rynek się rozwinie. Mam bardzo pozytywną opinię o Polakach i ich
przedsiębiorczości. Jeśli zobaczą, że to jest biznes i to się spina, to
czeka nas prawdziwy boom w tym obszarze" - dodaje Klimczak.
"Trzeba
też pamiętać, że energetyka prosumencka zwiększa bezpieczeństwo
energetyczne. Szczególnie jeśli popatrzymy na to z punktu widzenia
polski powiatowej, gdzie wyłączenia prądu są bardzo częste.
Mikroinstalacje z systemem magazynującym mogą stanowić rodzaj
zabezpieczenia np. dla osób prowadzących gospodarstwa hodowlane, kurniki
etc. Dziś osoby prowadzące małe biznesy muszą inwestować w inne źródła
zabezpieczające ich przed brakiem prądu, np. agregaty. Tymczasem mogliby
inwestować w mikroinstalacje - docelowo oznacza to niższe koszty
prowadzonego przez nich biznesu, oszczędności, niebagatelna jest też
korzyść dla środowiska" - przekonuje.
www.cire.pl