"Nie widzę przestrzeni do zbudowania wspólnej decyzji na
podstawie tej propozycji" - powiedział w piątek PAP w Brukseli
pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej Marcin Korolec. Zwrócił
uwagę, że co prawda Łotysze "prezentacyjnie" zmienili o rok datę, kiedy
rezerwa miałaby wejść w życie, ale tak naprawdę to zmiana tylko 1 dnia.
Polska
zaprotestowała przeciwko lutowej decyzji komisji środowiska Parlamentu
Europejskiego, która opowiedziała się za tym, by rezerwa powstała do 31
grudnia 2018 r. (czyli teoretycznie może powstać nawet wcześniej w 2018
r.). Tymczasem propozycja KE przewidywała utworzenie rezerwy dopiero w
2021 r. Łotysze proponują zapis mówiący o tym, że będzie ona operacyjna
od 1 stycznia 2019 r.
Rezerwa zmniejszy liczbę pozwoleń na emisję
na unijnym rynku, co w konsekwencji zapewne podniesie ich cenę. Premier
Ewa Kopacz w wysłanym pod koniec lutego liście do szefa KE
przypominała, że wyższe ceny energii mogą prowadzić do zintensyfikowania
"zjawiska ucieczki emisji", czyli przenoszenia się firm poza Europę.
"Jesteśmy
za tym, co zaproponowała Komisja Europejska, co zostało przyjęte przez
państwa członkowskie, aby rezerwa wchodziła od 2021 r." - powiedział PAP
zasiadający w komisji środowiska PE europoseł Andrzej Grzyb (EPL, PSL).
Zachodni
europosłowie cieszą się z tego, co przedstawili Łotysze. Liberalny
eurodeputowany z Holandii Gerben-Jan Gerbrandy zaznaczył, że konsensus
jest budowany na wcześniejszej reformie systemu uprawnień na emisje, co
należy przyjąć z dużym zadowoleniem.
"To co zostało przedstawione
to wizja kompromisu. To jak on ostatecznie będzie wyglądał będzie
zależało od dalszych dyskusji" - podkreślił z kolei w rozmowie z PAP
dyplomata łotewskiej prezydencji.
Wśród ekspertów zajmujących się tą sprawą w PE można
usłyszeć, że propozycja Łotyszy z punktu widzenia Polski, to jedynie
kosmetyka, bo przewiduje przesunięcie działania rezerwy najwyżej o kilka
miesięcy. Powstaje jednak pytanie, czy nie skruszy ona koalicji
przeciwko tym przepisom, jaką zbudowała Warszawa.
Wraz z nami
mniejszość blokującą przeciwko uruchomieniu rezerwy w 2018 r. tworzą
Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Węgry, Czechy, Litwa i Rumunia. "Nie sądzę,
żeby to stanowisko (przedstawione przez Łotwę - PAP) mogły zmienić tą
mniejszość blokującą" - ocenił Korolec.
Ostateczna wersja nowych
przepisów powstanie w drodze negocjacji między Radą a europarlamentem.
Sprawa nie będzie prosta, bo po drugiej stronie barykady są potęgi
europejskie. Za przyspieszeniem wejścia w życie rezerwy opowiadają się
Niemcy, Wielka Brytania, Holandia, Szwecja, Dania i cztery inne państwa.
UE
w ramach pakietu klimatyczno-energetycznego na lata 2013-2020
zobowiązała się do 20-procentowej redukcji gazów cieplarnianych w
stosunku do 1990 roku. W ramach ustaleń październikowego szczytu Unii
Europejskiej postanowiono, że w latach 2020-2030 redukcje CO2 wyniosą 40
proc.
System pozwoleń na emisję jest głównym narzędziem, które
ma pomóc redukować ilość gazów cieplarnianych, które trafiają do
atmosfery. Ceny pozwoleń są jednak na tyle niskie (spadły o 75 proc. od
2008 r.), że energochłonny przemysł nie jest zmotywowany do inwestycji w
bardziej zielone technologie. Rezerwa mająca służyć wycofaniu części
pozwoleń z rynku ma pomóc zmienić tę sytuację.
Polska była w
ogóle przeciwna utworzeniu rezerwy, bo może ona obciążać dodatkowymi
kosztami nasz przemysł, ale Warszawie nie udało się zablokować jej
powstania. Teraz nasz rząd stara się o to, by weszła w życie jak
najpóźniej.
www.cire.pl