Informację przedstawioną podczas wtorkowego
posiedzenia sejmowych Komisji Infrastruktury, Komisji Spraw
Zagranicznych oraz Komisji do spraw Unii Europejskiej przez
przedstawiciela rządu PO – PSL na temat Unii Energetycznej można uznać
za satysfakcjonującą?
– Trudno być usatysfakcjonowanym tym, co mówił wiceminister gospodarki
Tomasz Tomczykiewicz. Ogólnie streścił komunikat Komisji Europejskiej
zawierający założenia tzw. Unii Energetycznej. Działania podjęte przez
Komisję Europejską pod hasłem „Unia Energetyczna” to kroki będące
jedynie rozwinięciem tego, co w unijnym prawie już obowiązuje. Owszem,
to dobrze, także dla Polski, że przygotowuje się plany działań na
wypadek zakłócenia dostaw surowców energetycznych i energii. Problem
tkwi natomiast w tym, że to, co szumnie nazywa się Unią Energetyczną,
tak naprawdę nie daje możliwości decyzyjnych w chwili rzeczywistego
kryzysu. Za bezpieczeństwo energetyczne krajów członkowskich odpowiadają
rządy i to rządy muszą podjąć decyzję o uruchomieniu działań
przygotowywanych na wypadek kryzysu. Zatem potrzebny jest międzyrządowy
mechanizm podejmowania solidarnych wspólnych decyzji.
Czy projekt Unii Energetycznej przewiduje taki mechanizm?
– Niestety, projekt Unii Energetycznej w ogóle tego nie przewiduje i to,
według mnie, jest jednym z głównych mankamentów tego pomysłu.
Jednocześnie do niego zostały włożone elementy wspierania polityki
klimatycznej. Łączenie polityki klimatycznej z polityką energetyczną w
Europie jest błędem. Niebezpieczne jest także to, że w tym projekcie
zostało odwrócone stanowisko w sprawie użycia węgla jako źródła energii.
W pierwotnych projektach, także rządu Donalda Tuska, postulowano
„rehabilitację” węgla, tymczasem w komunikacie KE mamy zapisy, które
będą utwierdzały proces dekarbonizacji, czyli wykluczenia węgla z
gospodarki europejskiej. Wracając jednak do pana pytania, Europa
potrzebuje mechanizmu, który umożliwiałby wspólne działanie w przypadku
odcięcia dostaw źródeł energii do któregoś z krajów członkowskich, ale
projekt Komisji takiej możliwości niestety nie zawiera.
PiS proponowało taki mechanizm, co się z nim stało?
– Owszem, w 2006 r. proponowaliśmy zawarcie Europejskiego Traktatu
Bezpieczeństwa otwartego dla chętnych krajów członkowskich UE i NATO.
Proponowane wtedy przez PiS porozumienie międzyrządowe miało być
uzupełnieniem wobec możliwości UE. Dawało to realną możliwość
solidarnego reagowania w sytuacjach kryzysowych. Niestety, poczucie
zagrożenia przerwaniem dostaw rosyjskiego gazu nie było wtedy powszechne
w Europie i projekt odłożono na półkę. Niemniej jednak w nowych
okolicznościach, w sytuacji nowych zagrożeń być może jest dobry czas,
aby do tych założeń i mechanizmów solidarnościowych, opartych na
porozumieniu międzyrządowym, a nie wspólnotowym, powrócić i po te
propozycje sięgnąć.
Jak w ten klimat zagrożeń energetycznych wpisuje się raport NIK
dotyczący Gazoportu w Świnoujściu?
– Raport NIK dokumentuje cały szereg zaniedbań, nieprawidłowości, złych
decyzji i błędów popełnionych przez rząd koalicyjny PO – PSL,
poszczególnych ministrów gabinetu Donalda Tuska, w szczególności zaś
ministrów Skarbu Państwa i ministrów gospodarki. Raport jest miażdżący
także dla spółek Skarbu Państwa, takich jak Gaz-System czy PLNG. Zarówno
właściciel, jak i inwestor budowy Gazoportu w Świnoujściu nie potrafił
bądź nie chciał doprowadzić tej inwestycji do zakończenia w
przewidywanym w projekcie terminie. Rząd nie potrafił się porozumieć z
wykonawcą, nie potrafił bądź nie chciał wymusić takich działań, które
byłyby zgodne z umową zawartą z konsorcjum, w którym wiodącą rolę pełni
włoski Saipem. Znaczące opóźnienie realizacji tej inwestycji jest
wypadkową właśnie tych zaniedbań. Raport NIK nie daje przepisu na
rozwiązanie tej kwestii. Deklaracje publiczne składane przez szefa
resortu Skarbu Państwa, ministra Karpińskiego, który mówi, że w zasadzie
nie jest ważne, kiedy Gazoport zostanie oddany do użytku, świadczą o
braku odpowiedzialności w rządzie PO – PSL. Po podpisaniu aneksu do
umowy o dostawy gazu skroplonego z Kataru, który przewiduje przesunięcie
terminu dostaw, minister Karpiński uznał, że już nie trzeba się
spieszyć. Takie działanie, a właściwie brak jakichkolwiek działań, jest
groźne dla bezpieczeństwa naszego kraju.
W poniedziałek usłyszeliśmy także o próbach zatajenia raportu NIK…
– To jest osobna sprawa, bardzo niepokojące zjawisko źle świadczące o
kondycji polskiego państwa. NIK jest niezależnym organem, który nie może
podlegać jakimkolwiek naciskom. Jeżeli zostałoby udowodnione, że na
prezesa NIK były wywierane naciski ze strony rządowej, żeby nie
upubliczniał raportu, to mielibyśmy do czynienia z działaniami
kryminalnymi.
Okazuje się również, że inwestycja, która miała nas, przynajmniej w
pewnym zakresie, uniezależnić od dostaw gazu z kierunku rosyjskiego,
jeszcze bardziej oddala nas od tego bezpieczeństwa. Jak bardzo…?
– Niemożność dokończenia tej inwestycji świadczy, po pierwsze, o marnej
kondycji państwa polskiego pod rządami Platformy Obywatelskiej. Po
drugie, jest to niewątpliwie bardzo groźne, bo zbliżają się terminy
negocjacji czy renegocjacji nowych dostaw i będzie karygodne, jeżeli w
sytuacji konieczności nowych zakupów Polska znów będzie skazana na
monopol rosyjskiego Gazpromu i władzy na Kremlu. Bezpieczeństwa
energetycznego nie zapewni Polsce tzw. Unia Energetyczna. Musimy o nie
zadbać sami. Gazoport w Świnoujściu jest do tego niezbędny, a politycy
PO i PSL lekceważyli to przez prawie 8 lat.
Czy w tej sytuacji zasadne nie byłoby powołanie komisji, która
sprawdziłaby kulisy tych wszystkich zaniedbań?
– PiS postulowało powołanie takiej komisji, ale przy sprzeciwie koalicji
rządzącej, która ma przewagę, obawiam się, że jest to niestety
niemożliwe.
Artykuł opublikowany na stronie:
http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/131169,o-bezpieczenstwo-energetyczne-musimy-zadbac-sami.html