Na to wszystko nakładają się tzw.
benchmarki (można to rozumieć jako repery odniesienia albo wzorce
porównawcze) dla przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji, które
uwaga… będą okresowo poddawane przeglądowi stosownie do postępu technologicznego.
Oznacza to, że głównie niemieckie nowo budowane elektrownie węglowe
będą pułapem, na jaki będą musiały wskoczyć polskie elektrownie, jeśli
chcą korzystać z dotacji inwestycyjnych i dodatkowych darmowych
uprawnień do emisji. Choć ma być rezerwa i z niej finansowane
inwestycje, nie ma żadnych gwarancji, że będzie ona istotna i kto ile
dostanie.
Jeśli jest (a nie ma) sukces premier Ewy Kopacz, to także jeszcze
większy jest sukces Angeli Merkel, bo jeśli Polacy nie mają płacić za
droższy prąd, to dotowane będą spore niemieckie udziały w rynku energii w
Polsce. Gdyby prąd w Polsce zdrożał, to wtedy spadłoby zużycie – nie
zarobiłby niemiecki kapitał energetyczny w Polsce. Dodatkowo mamy efekt
skali, bo wzrósłby udział procentowy produkcji energii ze źródeł
odnawialnych (OZE), a za taką energię jeszcze muszą elektrownie płacić,
bo muszą kupować droższy efemeryczny (np. wyprodukowany przez siłownie
wiatrowe) prąd z OZE. To się nie opłaci, ale wątpię, czy rząd to jakoś
liczy.
Ponadto Niemcy dochodzą do spalania 200 mln ton węgla brunatnego
rocznie (Polska ok. 55 mln ton). Łącznie Niemcy spalają około dwa razy
więcej węgla kamiennego i brunatnego niż Polska, a przy tym Niemcy mają
dużo gorszą strukturę spalania, bo węgiel brunatny jest brudniejszym
paliwem niż węgiel kamienny. Mimo to wracają do węgla i budują (na
różnych etapach lub planują budowę, lub mają wygaszone i mogą uruchomić)
20 elektrowni węglowych.
W konkluzjach brukselskich ustaleń czytamy deklarację, że w celu
zapewnienia solidarności, wzrostu i połączeń międzysystemowych 10 proc.
uprawnień EU ETS, które państwa członkowskie mają zbyć na aukcji,
zostanie rozdzielonych między te państwa, których PKB na mieszkańca nie
przekroczył 90 proc. średniej UE (w roku 2013). Dodatkowo ma być 2 proc.
rezerwy. Ta druga rezerwa wydaje się ważna, to z niej mają być
pokrywane inwestycje w energetykę.
Tu mamy jednak następny problem bo istniejący instrument finansowania
tzw. NER300 (New Entrants’ Reserve – program dofinansowania inwestycji
oparty o sprzedaż rezerwowej puli 300 mln ton zezwoleń na emisję CO2)
zostanie zwiększony do 400 mln ton, czyli będzie to NER400. Tyle że NER
300 skończył się klapą, bo miał m.in. dofinansować w UE 12
demonstracyjnych instalacji CCS (CARBON CAPTURE AND STORAGE) do
wychwytywania, transportu i geologicznego składowania CO2, ale żadna
instalacja do zatłaczania nie powstała nawet w zalążku – każdy się
wycofał, bo nie ma finansowania, a zagrożenia środowiskowe dla ludzi są
ogromne, nie licząc kosztów. Za tą jednak technologią intensywnie
działał od ok. 2007 r. Jerzy Buzek. Do programu NER400 będą się
kwalifikować projekty inwestycyjne, również projekty małej skali, we
wszystkich państwach członkowskich. Dla jasności, bo sprawa jest w
tekście konkluzji mocno zagmatwana, NER400 nie ma nic wspólnego ze
wspomnianą dwuprocentową rezerwą poza tym, że polskie szanse na sukces w
tym zakresie są minimalne.
W mojej ocenie, główną pulę z omawianej rezerwy NER400 uzyskają
Niemcy, gdyż tam jest dobry krajowy system wsparcia inwestycji – u nas
biogazownie upadają, a Azoty czy Bełchatów poniosły porażkę przy CCS,
notują w tym zakresie wielomilionowe straty. Aby były pieniądze na
wsparcie inwestycji, uprawnienia do emisji muszą być droższe, bo z ich
sprzedaży pochodzić mają fundusze. Dlatego m.in. ceny ETS będą
regulowane i tylko na tej podstawie budżet NER400 będzie przewidywalny.
Komisja Europejska gwarantuje sobie instrumenty regulacyjne ceny ETS,
ale nie wiadomo, jak z tego skorzysta i kiedy. W efekcie dziś nie ma
pewności, kto na tym zyska – możliwe są wszelkie niemal scenariusze, ale
Polska nie będzie miała faktycznego wpływu na nie.
Co prawda nowa rezerwa obejmująca 2 proc. uprawnień w zakresie
unijnego ETS będzie wspierała inwestycje w państwach członkowskich o
niskich dochodach (PKB na mieszkańca poniżej 60 proc. średniej UE), ale
rezerwa ta będzie podatna na manipulacje. Inny zapis mówi, że środki te
będą rozdzielane kombinacyjnie – tylko w 50 proc. z kryterium PKB, a w
50 proc. z kryterium zweryfikowanych emisji. W tej drugiej części należy
się spodziewać kluczowej roli benchmarków. Pamiętajmy też, że my ciągle
mówimy o jakimś kąsku z 2 proc. czegoś, co może być nic niewarte, bo
zależy od regulowanej ceny ETS. Ponadto podstawa wyboru projektów
zostanie poddana przeglądowi do końca 2024 roku, czyli gdy elektrownie w
Polsce będą nadal słabe technologicznie i nie będą wyznaczały
benchmarków. W praktyce raczej nie dostaniemy żadnego dofinansowania,
jeśli nie będą to elektrownie niemieckie w Polsce. W tym czasie
ograniczymy się w wieloleciu o kilkadziesiąt procent – i wbrew
zapewnieniom wielu nieuchronnie wiązać się będzie ze wzrostem cen
energii elektrycznej. Wprawdzie w konkluzjach członkowie Rady
Europejskiej zapewniają, że uwzględnione będą przystępne ceny energii,
to są to aberracje, bo już dziś są one u nas nieprzystępne.
Polska ma ok. 1/4 zainstalowanej mocy per capita w stosunku do
Szwecji, a gdyby Polacy wrócili z emigracji i każdy zapalił światło, to w
Polsce zabraknie prądu. Tymczasem nowy pakiet to ograniczenia
inwestycji węglowych, które dla nas są najtańsze, to niebezpieczeństwo
manipulacji i uzależnienia od decyzji urzędników (szantaż państw) w
stylu: dostaniecie, jeśli zrobicie krok dalej i wyrzekniecie się na zawsze czegoś.
Kumulatywnie oznacza to zadłużanie albo raczej życie na koszt
przyszłych pokoleń. Zobowiązujemy nasze dzieci, że czegoś się wyrzekną
za to, aby nam żyło się lepiej dziś. Skrajna perfidia, głupota, zdrada?
Chyba tak głupich nie ma.
Niestety, widać, że polityka zdominowała wiedzę. Brakuje rzetelnej
oceny roli antropoemisji w zmianach klimatu, bo tu niczego pewnego nie
ma (np. dane do co naturalnych emisji i pochłaniania budzą poważne
wątpliwości). Należy pamiętać, że brukselska umowa zwana Nowym Pakietem
Klimatycznym to nie żadne konkretne zapisy, ale ramy, w które zostaną
wtłoczone rozporządzenia faktycznie skutkujące działaniami i efektami
ekonomicznymi. Nie ma rozporządzeń, nie ma sukcesu – jest liczenie na
łaskę. Wywalczenie przez Polskę deklaratywnej furtki, że być może
będziemy mogli oddawać 40 proc. zezwoleń dla branż objętych systemem ETS
za darmo, pozwoli jeszcze egzystować energetyce czy, ale jeśli się
przyglądnąć cementowniom to wygląda to bardzo źle, poczynając już od
2020 roku i będzie narastało ze względu na coroczny wzrost ograniczeń
emisji. Bez darmowych ETS dla przemysłu cementowego produkcja klinkieru
zaniknie. Tu łatwo to udokumentować, bo produkcja klinkieru ze skały
węglanowej (wapień z dodatkiem magnezytu) polega na rozdzieleniu węglanu
na użyteczną tlenkową składową klinkieru i odpadową CO2. Taki rozkład chemiczny, aby wyprodukować tonę klinkieru, uwalnia dokładnie 525 kg CO2.
Jest to nieunikniony proces chemiczny (tzw. emisja procesowa), który
polega na podgrzaniu wsadu skalnego w oparciu o paliwo węglowe. Spalanie
węgla oczywiście uwalnia dodatkowe 357 kg CO2 (emisja paliwowa) Łącznie więc, aby wyprodukować jedną tonę klinkieru koniecznym jest wyemitowanie 852 kg CO2.
Tymczasem, konkluzje Rady Europejskiej, do których przychyliła się
Kopacz, przewidują, że należy do roku 2030 obniżyć emisję CO2
na instalacjach przemysłowych o 43 proc. (tj. dla klinkieru o 365 kg na
tonę produktu), w stosunku do roku 2005. To w przybliżeniu tyle ile
wynosi składowa paliwowa. Polskie cementownie już mają najmniejszą
emisję. Należy więc albo zastosować inny system podgrzewania (inne,
bezemisyjne, paliwo) albo kupić energię, albo na aukcji pozwolenia ETS.
Najbardziej ekonomiczne będzie likwidacja cementowni, kopalni wapienia
itd. i przeniesienie produkcji poza UE. Oznacza to dalszą utratę
następnych dziesiątek miejsc pracy – koncerny dadzą sobie radę – ludzie
nie!
W praktyce obniży to zainteresowanie polskim węglem i zwiększy import
gazu z Rosji. Poza tym każde z tych rozwiązań podniesie koszt produkcji
klinkieru o kilkadziesiąt złotych za tonę, a więc spowoduje albo
upadek, albo wyniesienie przemysłu cementowego poza UE, albo pozostanie
on tam, gdzie państwo ma wolne darmowe ETS. Polska ich nie będzie miała,
bo odda wolne ETS energetyce. To oznacza utratę miejsc pracy nie tylko w
górnictwie węgla kamiennego, ale także katastrofę w górnictwie
odkrywkowym, licząc od geologów i górników eksploatujących wapień, po
pracowników cementowni, hurtowni itd. Kolejno, oznacza to upadek
budownictwa będącego siłą napędową gospodarki. Podobne perspektywy jak
dla przemysłu cementowego, są dla przemysłu wapienniczego, chemicznego
(produkcja amoniaku) hutniczego sodowego i szklanego. W każdym przypadku
zgoda Kopacz na konkluzje oznacza eliminację procesowej emisji CO2. To wszystko pomiędzy latami 2020 a 2030.
Po roku 2030 nastąpi skok do studni na głowę, ponieważ roczny
wskaźnik zmniejszenia pułapu maksymalnych dozwolonych emisji będzie
wynosił 2,2 procent. W konkluzjach z dokumentu wynika, że jest to główny
europejski instrument wykorzystywany do osiągnięcia celu emisyjnego –
nikt z kreatorów UE z tego darmo nie zrezygnuje.
Ponadto darmowe zezwolenia emisyjne będą mogły być przeniesione na
transport, a to oznacza, że albo będzie drożał transport, albo energia
elektryczna. Jeśli państwo członkowskie nie zdecyduje się objąć sektora
transportu systemem ETS, to być może będzie to oznaczało, że aby jechać,
trzeba będzie wykupić certyfikat na swój pojazd, by wejść w system
opłat za emisję CO2. To napędzi koniunkturę przemysłowi motoryzacyjnemu,
gdzie dominują Niemcy. My musimy pozostać przy „uldze” dla energetyki,
więc podrożeć może polski transport, który przestanie być konkurencyjny w
Europie. Dochodzą do tego nieokreślone ograniczenia emisji wynikające z
działalności rolniczej, więc niechybnie podrożeje żywność, mimo że
produkcja roślinna zmniejsza stężenie CO2 w powietrzu.
Nie mam więc wątpliwości, że za sukces Kopacz, za tę 40-procentową
„łaskę” UE z wyrokiem odroczonym o 11 lat, będziemy musieli jednak w
jakiś sposób zapłacić. To jest tylko 11 lat, a „zysk” w wieloleciu
wynosi w praktyce kilka procent ze względu na wspomniane 2,2 procent.
Tak zwane darmowe 40 proc. dla przemysłu to w istocie pozwalanie na
dopłacanie z własnej kieszeni – niczego nie dostajemy! Takie dopłacanie
spadnie na podatnika – to zgoda na drenowanie polskiego budżetu, aby
elektrownie nie podniosły ceny prądu.
Epatuje rząd procentami, a nie konkretnymi tonami emisji CO2, a tu
wygląda inaczej, bo te 40 proc. oznacza, że będzie dotyczyło
zmniejszającej się z roku na rok kwoty wyrażonej w tonach. Pozostałe 60
proc. i tak będzie w normalnym obrocie, na który UE będzie wyznaczała
ceny, które dziś są za niskie i system został ośmieszony przez rynek –
tym gorzej dla gospodarki. Polska będzie miała prawo do rozdawania tych
zezwoleń za darmo elektrowniom, zaś problem z zakładami papierniczymi,
transportem, rolnictwem itd. pozostanie nierozwiązany, podobnie jak z
cementowniami, które są najmniej emisyjne w UE. U nas produkcja 1 tony
cementu powoduje emisję nawet mniej niż 1 tony CO2, a w niektórych
krajach nawet ponad 1,2 tony CO2.
Produkcja cementu przenosi się na Ukrainę, a dalej do Chin (ponad
połowa światowej produkcji). Jeśli Kopacz mówiła o „sukcesie”, to chyba
nie rozumiała szczegółów konkluzji i wciska nam kota w worku, jakim będą
rozporządzenia. Gdyby to był taki sukces, to tekst konkluzji wisiałby
na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ze wskazaniem konkretnych
punków będących naszym sukcesem. Tymczasem poszukiwania prowadzone przez
dyrektora mojego biura, telefony do KPRM, Ministerstwa Środowiska i
Komisji Ochrony Środowiska Sejmie ujawniły, że nikt tam tego dokumentu
nie ma. Po umówionym ponownym skontaktowaniu się z Departamentem Spraw
Zagranicznych kancelarii premiera zostaliśmy pokierowani przez pana
Michała Sachowskiego na stronę Rady Europejskiej.
Wolno mi więc sądzić, że rząd i wielu komentatorów konkluzji nie
czytało tego dokumentu, bo go nie miało, więc nie mogli go rozumieć.
Jeśli jednak Kopacz rozumiała konkluzje, to weźmy przykładowe jedno
zdanie z konkluzji i zapytajmy jej, co ono oznacza. Cytuję: „Dla
państw członkowskich, których krajowe cele w zakresie zmniejszenia
emisji są znacznie wyższe zarówno od średniej UE, jak i od ich
potencjału zmniejszenia efektywnego kosztowo, a także dla państw
członkowskich, które nie miały bezpłatnych uprawnień dla instalacji
przemysłowych w 2013 r., określona zostanie większa elastyczność w
realizacji celów – w postaci ograniczonego, jednorazowego zmniejszenia
uprawnień ETS, w sprawie którego decyzja zostanie podjęta przed 2020 r.,
z jednoczesnym zachowaniem przewidywalności i integralności
środowiskowej.
O jakiej wielkości i jakie zmniejszenie uprawnień ETS chodzi? System
bezwzględnie się komplikuje – warstwy, generacje, odstępstwa, ulgi,
odpisy, uwarunkowania, deklaracje… – to miejsce do manipulacji czy nawet
politycznej (nie tylko) korupcji. W Polsce chyba do końca nikt się w
tym nie orientuje i bez zmiany koalicji rządzącej już nie będzie.
Czytając konkluzje, trudno nie mieć wątpliwości interpretacyjnych i
zapewne w wielu miejscach mogę wykazać niezrozumienie. Kancelaria
premiera chyba też! Myślę, że głównym konsultantem rządu powinien być
prof. Jan Szyszko, ale może lepiej, aby jednak niewiele mówił, bo PO –
PSL jak zwykle zrobi odwrotnie.
Taki eurobełkot przypominający ekonomię polityczną stanu wojennego i
ogrom deklaratywnych niedopowiedzeń dominuje w konkluzjach. Na taką
dowolność zapisów nie można się zgodzić i teraz było prawo weta po raz
ostatni. Rezygnacja Kopacz z weta to zobowiązanie przyszłych pokoleń, by
dziś nam żyło się lepiej – to zbrodnia na naszych dzieciach. Cały ten
koszmar jest jednak efektem zgody Tuska z 2008 r. na 208 mln ton emisji
dla Polski zamiast na 280 mln ton rocznie. Minister środowiska rządu PiS
(prof. Jan Szyszko) zaskarżył ograniczenie emisji do 208 mln ton,
proces był już wygrany, a Tusk z tego zrezygnował. Poczynając od
podpisania pakietu energetyczno-klimatycznego w 2008 r., a kończąc na
zgodzie na zasady określone w konkluzjach Rady Europejskiej obradującej w
marcu 2014 r., Tusk przyczynił się do tego co uzgadnia Rada Europejska
24 października br., uchwalając ramy polityki klimatyczno-energetycznej
Unii Europejskiej do roku 2030. Polska jedynie rzutem na taśmę mogła
cokolwiek zrobić, korzystając z prawa weta – Kopacz tego nie zrobiła, bo
zaprzeczyłaby całej tuskopolityce i ujawniła grzechy PO – PSL.
Koszmarne przyjęcie w ostatnich latach dyrektyw dotyczących ograniczenia
emisji, odnawialnych źródeł energii i CCS (wychwytu i magazynowania CO2
w strukturach geologicznych) to strzał w polską energetykę i górnictwo i
ekonomiczny knock-out Polaków. W historii Polski nigdy nie było tak źle
z górnictwem węgla kamiennego, jak jest obecnie. Wygląda na to, że nikt
nie chce kupić zobowiązań JSW, czyli najlepszej spółki węgla kamiennego
w Polsce. Każdy górnik implikuje powstanie minimum trzech miejsc pracy.
Upadek części kopalń to likwidacja może ponad 100 tys. miejsc pracy,
czyli licząc z rodzinami, to utrata utrzymania dla może nawet pół
miliona Polaków. Ludzie ci zamiast płacić podatki, będą ich odbiorcami
(świadczenia, zapomogi). Wszystko to dzieje się w miejscu, które mogłoby
być jednym z najbogatszych miejsc w Europie. Główną przyczyną jest brak
polityki surowcowej, której zręby przygotował rząd PiS, a Platforma
zaniechała, oraz uległość względem UE w zakresie polityki
energetyczno-klimatycznej.
Polityka klimatyczna będzie w historii ludzkości opisywana jako
najbardziej, do XXI wieku, przemyślany ”przekręt„ międzynarodowy. PR
jest tu kluczem na każdym kroku, także w sprawie omawianych konkluzji.
Proszę zwrócić uwagę, że szczyt rozpoczął się z półtoragodzinnym
opóźnieniem, bo przed jego początkiem premier Kopacz, Merkel, Hollande i
van Rompuy dyskutowali – to było budowanie napięcia. Komunikat: jest
kompromis, każdy coś dostał i Polska też. Tyle że w dokumencie nie ma
ani razu Polski wymienionej z nazwy.
Prof. Mariusz-Orion Jędrysek
www.naszdziennik.pl