Jak relacjonuje dziennik, z wyliczeń PKEE wynika między
innymi wskaźnik LCOE pokazujący uśredniony koszt produkcji energii w
całym cyklu życia źródła w zależności od przyjętych założeń. W przypadku
mikrogeneracji jest od 75 proc. do ponad 300 proc. wyższy niż aktualna
cena taryfowa obowiązująca dla gospodarstw domowych. Jednocześnie jak
wskazuję PKEE, w polskich warunkach zwrot z inwestycji w tego typu
źródeł to kwestia 15-20 lat, podczas gdy inwestorzy oczekują zwrotu po
kilku latach. PKEE zaznacza też, że tego typu instalacje pracują w
zależności od technologii od 10 do 40 proc. roku podczas gdy instalacje
konwencjonalne nawet 90 proc.
"Rzeczpospolita" zwraca jednak
uwagę, że mikroinstalacje OZE mają tę przewagę, że nie generują kosztów
zmiennych związanych z zakupem paliwa, czy uprawnień do emisji CO2.
Mimo
tego, jak czytam w dzienniku, masowy rozwój mikroinstalacji OZE w
ocenie PKEE oznacza konieczność wsparcia dla tego typu źródeł, a to
obciąży kieszenie wszystkich odbiorców energii elektrycznej.
- To oznaczałoby dodatkowe opłaty ponoszone przez 14 mln
odbiorców, które byłyby źródłem finansowania dla systemu wsparcia
dedykowanego maksymalnie kilkuset tysiącom osób - mówi cytowany przez
dziennik Andrzej Kania, dyrektor biura PKEE.
Zwraca on uwagę, że
taka sytuacja ma miejsce w Niemczech, gdzie rozwój mikrogeneracji
obciąża rachunki odbiorców w 15- 18 proc. Jednocześnie ocenia on, że
mitem jest niezależność energetyczna prosumenta, gdyż jest on
uzależniony od pogody i musi korzystać z energii z sieci. Z drugiej
strony rozwój instalacji prosumenckich wymaga wzrostu nakładów na sieć
elektroenergetyczne, aby były one wstanie sprostać szybko rosnącej
ilości tego typu źródeł.
www.cire.pl