Przede wszystkim to skutek nieprzemyślanej polityki (lub celowych
działań, czego wykluczyć nie można) kolejnych rządów, które nie
potrafiły (lub nie chciały) osłabić naszej zależności od rosyjskiego
gazu. Premier Leszek Miller porzucił projekt budowy gazociągu, który
miał nam umożliwić odbieranie błękitnego paliwa od Norwegów.
Tłumaczono, że to za droga inwestycja, choć ten argument brzmi
kiepsko w sytuacji, gdy Polska jest wśród tych krajów europejskich,
które najwięcej płacą Gazpromowi za dostarczone paliwo. Gaz norweski na
pewno nie byłby droższy, a przede wszystkim jego dostawy nie byłyby
obarczone takim politycznym ryzykiem jak gazu rosyjskiego.
Rząd Donalda Tuska z bardzo dużymi kłopotami i opóźnieniem buduje
gazoport w Świnoujściu, skąd mamy odbierać gaz skroplony z Kataru. Na
pewno cena takiego gazu jest wyższa niż w przypadku rosyjskich dostaw,
ale to było wiadome od początku. Świnoujski terminal miał nam przede
wszystkim zapewnić tak pożądane bezpieczeństwo energetyczne. Obecna
koalicja zawaliła nie tylko tę sprawę. Zamiast nas stopniowo uwalniać od
nacisku Gazpromu, rząd robił coś odwrotnego. Były wicepremier Waldemar
Pawlak wynegocjował z Rosją taki kontrakt gazowy, zgodnie z którym
musieliśmy płacić za paliwo prawie najwięcej w Europie. A Donald Tusk
tylko obiecywał powstanie unii energetycznej, która miała nam zapewnić
bezpieczeństwo dostaw gazu po w miarę niskich cenach. Jakoś inne państwa
nie wykazały zainteresowania tym projektem.
Jednocześnie rząd niewiele robił w sprawie łupków, a w zasadzie
robił, tylko że zamiast przyspieszać poszukiwania i wydobywanie
niekonwencjonalnego gazu ziemnego, wprowadził takie przepisy prawne, że
spora część inwestorów wycofała się z naszego rynku. Uznali bowiem, że
to, co proponuje im polski rząd, jest dla nich niekorzystne, a na pewno
inwestycje w naszym kraju są bardziej ryzykowne niż w innych państwach.
A wydawać się nam mogło, że polskie władze będą czerpać z doświadczeń
amerykańskich. Łupki zapewniły Stanom Zjednoczonym samowystarczalność w
zaopatrzeniu w gaz, a nawet pozwalają im na rozwijanie eksportu. Gdy
zaś zaczęły się kłopoty w relacjach z Rosją, w UE coraz częściej
eksperci i politycy zaczęli mówić o konieczności uruchomienia importu
gazu zza Atlantyku. Gdyby nie opieszałość państwa, być może bylibyśmy
już bardzo blisko uruchomienia przemysłowej eksploatacji łupków i w
perspektywie relatywnie krótkiego czasu uzyskalibyśmy pełną suwerenność
gazową.
A nasz rząd zachowuje się tak, jakby realizował rosyjskie interesy,
bo przecież Moskwie zależy na tym, żeby Europa była uzależniona od
rosyjskiego gazu. Gaz to bardzo ważne narzędzie rosyjskiej polityki.
Zresztą u nas od wielu lat polityka energetyczna państwa wygląda tak,
jakby nic złego nam nie groziło. Ewentualne przerwy dostaw gazu
(dotkliwe zwłaszcza zimą) to nie jedyny nasz kłopot. Stan techniczny
wielu polskich elektrowni węglowych pozostawia wiele do życzenia,
zaniedbaliśmy modernizację istniejących bloków energetycznych –
większość pamięta czasy Edwarda Gierka – i budowę nowych.
Tymczasem już za kilka lat staniemy przed widmem niedoborów energii
elektrycznej. Dlaczego więc w tych warunkach rezygnujemy z budowy nowej
elektrowni w Ostrołęce, jedynej siłowni, jaką mamy w północno-wschodniej
Polsce? Podobno była za droga. Dziwne tłumaczenie, skoro państwo chce
wydać przynajmniej 40-60 mld zł na pierwszą elektrownię jądrową o mocy
3000 MW, a siłownia w Ostrołęce o mocy 900 MW miała kosztować 6-7 mld
złotych. Niewiele by brakowało, a odwołana zostałaby także budowa nowych
bloków w Elektrowni Opole.
Oczywiście, kilka dużych projektów jest realizowanych, kilka
kolejnych być może zostanie rozpoczętych. Ale może się niedługo okazać,
że drogo zapłacimy za prąd z węgla, jeśli UE przeforsuje swoje szkodliwe
projekty dotyczące zaostrzenia wymagań w zakresie pakietu
klimatyczno-energetycznego. Dla polskich elektrowni oznaczałoby to
drastyczny wzrost kosztów wytwarzania (karne opłaty za emisję CO2),
które musieliby w ostatecznym rozrachunku ponieść odbiorcy indywidualni i
przemysłowi.
Energetyka jest krwioobiegiem każdej gospodarki, jeśli ten sektor źle
funkcjonuje, odbija się to bardzo negatywnie na przemyśle, transporcie,
usługach, handlu, na codziennym życiu każdego mieszkańca. Może Polakom
trudno jest sobie wyobrazić, że kiedyś, tak jak często to było za PRL,
będziemy mieli przerwy w dostawach prądu, ale niestety jest to realne
zagrożenie. Blackout, czyli rozległe awarie zasilania obejmujące miasta
czy całe regiony kraju, są coraz częściej spotykane na Zachodzie. U nas
były tylko incydentalne przypadki, ale ponieważ z roku na rok rośnie
zużycie prądu, i u nas pojawia się podobne zagrożenie. Tak samo niestety
nie można wykluczyć kłopotów z gazem.
www.naszdziennik.pl