„Dywersyfikacja” to zróżnicowanie kierunku dostaw, czyli zbudowanie
systemu, w którym dany surowiec dostarczany jest przynajmniej z kilku
państw. To trzeba podkreślić, chodzi o różne państwa, a nie różne firmy.
Nie istnieje dywersyfikacja, jeżeli surowce dostarczane są przez różne
podmioty (firmy), ale one kupują go w tym samym kraju.
Przyjmując powyższe założenia definicyjne, odpowiedź na pytanie, czy
gazowe bezpieczeństwo Polski jest na wystarczającym poziomie, powinna
być banalnie prosta. Tymczasem dyskusja, jaka znów rozgorzała po wybuchu
wojny na Ukrainie, nie daje jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione
pytanie. Zdania są podzielone.
Jedni mówią, że Polska jest bezpieczna, inni że nie, czyli dyskutanci
dzielą się na optymistów i pesymistów, lub inaczej: idealistów i
realistów (chyba lepszy podział). Dodatkowo czytelnicy i słuchacze
śledzący dyskusję bombardowani są mało zrozumiałymi terminami: rewers
fizyczny, rewers realny, interkonektory itp.
Kilka liczb
Próbując, pomimo tego „medialnego szumu”, odpowiedzieć na postawione
na wstępie pytanie, warto wcześniej przynajmniej kilkoma liczbami opisać
w sposób syntetyczny polski rynek gazu.
1. Gaz ziemny stanowiący istotną pozycję w polskim bilansie
energetycznym zaspokaja około 15% całkowitego zapotrzebowania na tzw.
energię pierwotną.
2. Rocznie Polska konsumuje około 15,5 mld m3 tego surowca (dane za 2013 rok).
3. Nasza rodzima produkcja, czyli wydobycie ze złóż krajowych, wynosi
około 4,3 mld m3, co stanowi jedynie około 28 proc. naszego
zapotrzebowania na gaz. Zdecydowaną większość, ponad 70 proc., musimy
kupować poza granicami.
4. W strukturze konsumpcji ponad 60 proc. zużywa przemysł. Reszta przypada na gospodarstwa domowe.
5. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w przemysłowym zużyciu gazu około 1
mld m3 przypada na strategiczną polską spółkę chemiczną Azoty SA, którą
od jakiegoś czasu próbuje przejąć kapitał rosyjski.
6. Możliwości magazynowe gazu w Polsce wynoszą niecałe 2 mld m3, co
wystarczy na mniej więcej 50 dni średniego zużycia. To jeden z
najniższych wskaźników w Europie. Mniejsze pojemności magazynowe mają
np. Wielka Brytania, Holandia i Belgia, ale to wynika z faktu posiadania
własnych zasobów lub innych (nierosyjskich) możliwości zaopatrywania
się w surowiec gazowy.
Inne kraje, pomimo wyższych niż Polska możliwości dywersyfikacji
dostaw, np. Niemcy, Francja, Czechy, Węgry, posiadają pojemności
magazynowe minimum dwukrotnie wyższe niż Polska, wystarczające na ponad
100 dni i więcej średniej konsumpcji. Pomijając szczegółowe kwestie
techniczne, warto dodać także, że polskie magazyny charakteryzują się
niższymi parametrami technicznymi.
Z jakich państw mamy gaz?
Odpowiedź akurat na to pytanie jest rzeczywiście prosta. Wspomniane
ponad 70 proc. gazu ziemnego, które Polska musi importować, to wyłącznie
gaz rosyjski. Innego państwa-importera nie ma i na razie nie będzie z
prostego względu – nie ma technicznych możliwości dostarczenia innego
gazu niż rosyjski.
Optymiści w tym miejscu natychmiast będą argumentować, że nie jest
tak źle, ponieważ mamy techniczne możliwości (interkonektory)
zaopatrzenia Polski w gaz w ramach tzw. rewersu realnego z kierunku
południowego i zachodniego, a nie tylko ze wschodu. Rzeczywiście taka
możliwość istnieje, ale nie zmienia to faktu, że będzie to nadal gaz
rosyjski, tyle że dostarczany przez pośredników: Niemcy i Czechy.
W przypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji na Wschodzie (czego
wykluczyć niestety nie można) i użyciu przez Rosję gazowego szantażu w
celu wymuszenia korzystnych dla siebie zachowań politycznych ze strony
innych krajów, Polska zostanie od tego surowca odcięta. Należy pozbyć
się złudzeń. Energetycznej solidarności Europy w sytuacji, kiedy Rosja
zdecyduje się na wyciągnięcie „gazowego pistoletu”, nie będzie. Każdy
kraj będzie grał „na siebie” i należy założyć, że nawet niezbyt głośne
„pomruki” niezadowolenia Moskwy raczej skutecznie odstraszą Czechów i
Niemców od przesyłania gazu do Polski, także przy istnieniu takich
technicznych możliwości poprzez wspomniane interkonektory.
Rosja musi sprzedawać gaz Europie?
Optymiści-idealiści będą wskazywać na niemożność realizacji szantażu
gazowego ze strony Rosji, gdyż to doprowadziłoby do zapaści jej budżetu.
W ich opinii, Rosja musi eksportować gaz, aby nie zbankrutować. Ta
ocena nie do końca jest prawdziwa. Faktem jest, że eksport ropy i gazu
stanowi ponad 50 proc. wpływów budżetowych, ale w strukturze eksportu
gaz stanowi akurat najmniejszą część.
Z ponad 350 mld USD (2013 rok), jakie Rosja uzyskała z eksportu
surowców energetycznych, zdecydowaną większość (około 280 mld USD)
stanowiły wpływy ze sprzedaży ropy i produktów naftowych. Jedynie 14
proc. wpływów, czyli niewiele ponad 70 mld USD, przyniósł eksport gazu.
Wstrzymanie eksportu gazu do Europy może być kłopotliwe, ale z pewnością
nie położy na łopatki rosyjskiej gospodarki. Poza tym należy mieć na
uwadze dokonującą się, jeżeli nie zasadniczą reorientację, to z całą
pewnością dywersyfikację odbiorców, jaką właśnie realizuje Kreml.
W maju tego roku Rosja i Chiny podpisały umowę, zakładając dostawy
gazu przez 30 lat na poziomie blisko 40 mld m3 rocznie. Gaz do Chin
będzie płynął ze wschodnich złóż syberyjskich rurociągiem o długości 3,5
tys. kilometrów. Plany zakładają rozpoczęcie realizacji kontraktu już w
2018 roku.
Polski terminal LNG w Świnoujściu
W kontekście tych realnych działań oceny naszych rodzimych i
niektórych europejskich idealistów mogą się okazać zbyt optymistyczne,
zwłaszcza że realnego zwiększenia poziomu bezpieczeństwa gazowego w
Polsce można oczekiwać dopiero po oddaniu do eksploatacji terminalu LNG w
Świnoujściu o przepustowości 5 mld m3 (około 50 proc. importu)
pozwalającego na import skroplonego gazu z kierunku rzeczywiście innego
niż rosyjski.
Ale ta kluczowa inwestycja ma już opóźnienie (pierwotny termin
oddania do użytku to rok 2014). Oficjalna data to rok 2015.
Nieoficjalna, ta z rozmów między prominentnymi politykami PO nagranymi w
tzw. aferze taśmowej, to nawet dopiero rok 2017. Trzeba mieć nadzieję,
że ta pierwsza data będzie realna.
Tak patrząc jeszcze na pasmo „sukcesów” rządu PO – PSL w dziedzinie
poprawy bezpieczeństwa energetycznego, warto wspomnieć, że Litwa właśnie
oddaje do użytku terminal LNG w Kłajpedzie, przez który będzie można
sprowadzać nawet do 3 mld m3 gazu rocznie, czyli tyle, ile wynoszą
roczne potrzeby tego kraju. W lipcu tego roku litewska spółka podpisała
pierwszą umowę na dostawę gazu z norweskim Statoilem. (Młodszym
Czytelnikom warto może przypomnieć, że do marca 1990 roku Litwa była
sowiecką republiką).
Reasumując, na chwilę obecną, w świetle istniejących realnych
możliwości i przy złożonej sytuacji politycznej, poziom naszego gazowego
bezpieczeństwa należy uznać de facto za zerowy. Szamańskie opowieści o
rewersach wirtualnych i realnych tego nie zmienią, zwłaszcza że nie
dalej jak 9 września „Financial Times” napisał, że szef Gazpromu
Aleksiej Miller skarży się, iż reeksport rosyjskiego gazu poprzez tzw.
rewers to „półoszukańczy mechanizm” i trzeba coś z tym zrobić. Czy
rzeczywiście grożą nam problemy na rynku gazu?
Na to pytanie dzisiaj wiarygodnej odpowiedzi może udzielić tylko
jedna osoba – Władimir Putin. Niestety, to wyłącznie od jego planów i
decyzji zależy rozwój sytuacji. PS Z punktu widzenia porządku prawnego
za bezpieczeństwo gospodarcze Polski, a tym samym jego kluczowy obszar,
jakim jest bez wątpienia bezpieczeństwo energetyczne, odpowiada
Ministerstwo Gospodarki. Przygotowując artykuł, odwiedziłem jego strony
internetowe, myśląc, że może tam znajdę jakieś krzepiące wieści.
Niestety. W zakładce „bezpieczeństwo gospodarcze” na pierwszej stronie
wisi bardzo „aktualny i merytoryczny” wpis z maja 2014 roku. Jego treść
można streścić krótko: „bezpieczeństwo gospodarcze ważne jest”.
Ministerialna zakładka „ropa i gaz”. Na pierwszym miejscu dokument
datowany po modyfikacji na 7 sierpnia 2014 r. pt. „Sprawozdanie z
wyników monitorowania bezpieczeństwa dostaw paliw gazowych w 2013 r.”.
www.naszdziennik.pl