Bez węgla ani rusz (20 Sep 2014)
Niezależność energetyczna to jeden z najważniejszych celów naszej polityki gospodarczej. Niestety, jesteśmy bardzo daleko od osiągnięcia go.

Energię elektryczną co prawda jesteśmy w stanie wyprodukować w stu procentach z krajowego węgla i biomasy, ale już w przypadku gazu ziemnego jesteśmy uzależnieni od importu – ponad 70 procent błękitnego paliwa sprowadzamy z Rosji. Jeszcze gorzej jest z ropą naftową, która pochodzi z importu w 95 procentach, również głównie z Rosji. O ile jednak można sobie wyobrazić, że ropę przywozilibyśmy tankowcami z państw Zatoki Perskiej czy innych kierunków, gdyby Rosja wstrzymała dostawy, o tyle alternatywy dla Gazpromu jako dostawcy gazu na razie nie ma. Trudno więc w takich warunkach mówić o niezależności energetycznej.

Przegrana Tuska

Newralgiczną kwestią przy rozważaniach o naszym bezpieczeństwie energetycznym jest z pewnością gaz. To dlatego, że używany jest nie tylko do celów bytowych, ale bez niego nie może funkcjonować też przemysł, zwłaszcza sektor chemiczny. Pamiętamy zresztą kryzys gazowy sprzed kilku lat, gdy Rosja zakręciła kurek i zmusiła PGNiG do ograniczenia dostaw dla przemysłu, po to, żeby nie zabrakło gazu dla mieszkańców. Obecnie również nie jesteśmy zabezpieczeni na podobną ewentualność.

Dlatego cała opozycja, eksperci, obywatele kibicowali premierowi Donaldowi Tuskowi, gdy w Unii Europejskiej zabiegał o utworzenie unii energetycznej. Plan był ambitny, Tusk zakładał m.in., że uda się skłonić przywódców innych państw członkowskich do wspólnych zakupów gazu od Rosji w imię unijnej solidarności. Rychło jednak okazało się, że entuzjazmu wobec unii energetycznej nie ma, że nie leży to w interesie Niemiec, Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii, które żadnego zagrożenia ze strony Rosji nie widzą.

Kluczowe okazało się jedno ze spotkań Tuska z Angelą Merkel, po którym kanclerz Niemiec powiedziała, że unia energetyczna to temat bardzo odległy. Ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak oceniał, że premier Tusk po prostu przegrał z Merkel. Wygrać zaś nie mógł, bo – jak podkreślił Szczęśniak – Niemcy odnoszą korzyści z obecnego modelu współpracy gospodarczej w Rosją, więc nie zgodzą się na żadne zmiany. Wspólne zakupy gazu są wbrew polityce niemieckiej.

Tę opinię podziela też Tomasz Chmal, ekspert ds. energetyki w Instytucie Sobieskiego. Wyjaśnia on, że sama koncepcja unii energetycznej jest dobra, ale Niemcy jej nie potrzebują.

– Niemcy chłodno przyjęli propozycję polskiego rządu, bo nie boją się uzależnienia od Rosji tak jak Polska – mówi Tomasz Chmal. Berlin nie boi się odcięcia dostaw przez Gazprom, a gdyby nawet tak się stało, to Niemcy łatwo mogą kupić sobie gaz w Holandii i Norwegii.

Tak czy inaczej fiasko zabiegów Donalda Tuska o unię energetyczną świadczy też o słabej pozycji Polski w UE. Teraz widać, że mało kto był gotów poprzeć ten projekt i nawet mimo wojny na Ukrainie nie widać bliskich perspektyw wprowadzenia w życie zasad unijnej solidarności energetycznej. Polska powinna więc sama zadbać o własne bezpieczeństwo, tylko że i pod tym względem przez ostatnie lata sytuacja wygląda nienajlepiej.

Polskie „czarne złoto”

Polska ma natomiast atut w postaci ogromnych złóż węgla kamiennego, które według raportu Państwowego Instytutu Geologicznego wynoszą ponad 48 mld ton, z czego w złożach zagospodarowanych znajduje się ponad 19mld ton. Do tego dochodzi 45 mld ton węgla brunatnego.

Wydawałoby się więc, że nie powinniśmy robić nic innego, jak tylko starać się wykorzystać węgiel na wszelkie możliwe sposoby. Donald Tusk dużo mówił o „rehabilitacji węgla” w polityce energetycznej państwa, ale nie zawsze za słowami szły czyny. Teraz powinniśmy nastawić się na rozwijanie energetyki węglowej, która zapewnia nam ponad 95 proc. dostaw prądu i – co ważne – w przypadku węgla jesteśmy samowystarczalni. Trzeba więc modernizować istniejące bloki energetyczne i budować nowe, inaczej niedługo Polsce zacznie brakować prądu i trzeba go będzie importować.

Niestety, tutaj też brakuje zdecydowanych działań państwa. W Polsce mamy 20 elektrowni węglowych, większość pracuje na węglu kamiennym. Planowana jest budowa kilkunastu bloków gazowych (np. we Włocławku i na warszawskim Żeraniu) o różnej mocy, kilku na biomasę i około 10 na węgiel kamienny, np. nowy blok o mocy 1000 MW w Kozienicach, Jaworznie (910 MW) – oficjalnie budowa rozpoczęła się w czwartek, ale one mogą być w dłuższej perspektywie czasowej niewystarczające. Do tego dochodzą inwestycje w energetyce opartej na węglu brunatnym. PGE buduje nowy blok w Turowie (450 MW), a w dalszej przyszłości planowane jest także uruchomienie kopalni odkrywkowej koło Gubina, a potem postawienie elektrowni o mocy 2700 MW –prąd z niej ma popłynąć dopiero w 2030 roku. Projekty energetyczne ciągle się zmieniają, niektóre są wciąż w fazie koncepcyjnej (jak w Puławach), inne są odwoływane (jak w Katowicach). Budowana miała być nowa elektrownia w Ostrołęce, ale koncern Energa wycofał się z tej inwestycji. Oficjalnie – bo inwestycja była nieopłacalna. Dziwne, bo przecież zużycie energii ciągle w Polsce rośnie, więc siłownia nie pracowałaby na darmo. Ponadto Energa już zainwestowała w tę budowę 200 mln zł, przygotowano dokumentację, wycięto duże połacie lasu pod elektrownię. Dziś nie wiadomo, czy i kiedy dojdzie do wznowienia tego projektu, który formalnie jest „tylko” zamrożony.

Niewiele też brakowało, aby nici wyszły z rozbudowy Elektrowni Opole – grupa PGE. Gdy kierował nią prezes Krzysztof Kilian, zarzuciła ten projekt i dopiero osobista interwencja Tuska spowodowała rozpoczęcie budowy.

Zdecydowana większość inwestycji jest realizowana przez spółki państwowe, które miał wesprzeć rząd przy pomocy choćby Polskich Inwestycji Rozwojowych, ale nie wiadomo, jak to będzie wyglądać w praktyce. Część projektów energetycznych leży w gestii inwestorów prywatnych, jak choćby budowa Elektrowni Północ, która ma powstać w okolicach Pelplina. Ma ją budować spółka należąca do Jana Kulczyka, ale tymczasem inwestycja wzbudziła protesty społeczne, bo mieszkańcy obawiają się, że elektrownia wpłynie negatywnie nie tylko na przyrodę i środowisko, ale również na miejscowe zabytki.

W ciągu najbliższej dekady nakłady na ten cel (razem z elektrownią jądrową) mają wynieść 100 mld zł, jednak jeszcze przed rokiem podawana była kwota 140 mld złotych. Ten spadek to skutek rezygnacji firm z części planowanych inwestycji. Szkoda, bo w ciągu najbliższej dekady (a nawet szybciej) ze względów technologicznych będziemy musieli zamknąć część najstarszych bloków, które odpowiadają za blisko 10-12 proc. dostaw energii. Co więcej, eksperci ostrzegają, że już za rok z powodu spadku mocy grożą nam okresowe przerwy w dostawach prądu i być może trzeba będzie sporo go importować, np. z Niemiec. Tak mszczą się wieloletnie zaniechania w kwestii bezpieczeństwa energetycznego.

Na razie jeszcze technologicznie nie jesteśmy przygotowani do importu dużych ilości prądu z Niemiec. Najpierw musi bowiem zostać zmodernizowane połączenie energetyczne – chodzi o zainstalowanie tzw. przesuwników fazowych. Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które odpowiadają za przesył prądu, informowały, że w 2020 roku będzie możliwe importowanie z Niemiec rocznie 4500 MW energii, a Niemcy w razie potrzeby mogliby od nas kupić 1500 MW, czyli trzy razy mniej. Te 4500 MW to już spora ilość, odpowiadająca produkcji dwóch elektrowni węglowych, i jak obawia się część ekspertów, jeśli energia z Niemiec okazałaby się tańsza, to wtedy byłaby kupowana kosztem krajowych wytwórców, a nie tylko na ewentualne pokrycie niedoborów.

Wątpliwości budzi również sam projekt elektrowni jądrowej. Już koszt budowy siłowni o mocy 3000 MW, szacowany na 40-60 mld zł, zastanawia, bo za te pieniądze można by wybudować od 6 do 10 bloków takich jak w Kozienicach, czyli o łącznej mocy 10 000MW. Musimy się też liczyć z tym, że koszty elektrowni jądrowej okażą się w przyszłości znacznie wyższe, a za kilkadziesiąt lat powstanie problem składowania odpadów nuklearnych, co też jest bardzo drogie. Pamiętajmy również o tym, że nie mamy własnego uranu, a węgiel – tak.

To prawda, że są kraje, takie jak Francja czy Japonia, które swoje bezpieczeństwo energetyczne oparły na atomie, ale one nie dysponują takimi zasobami węgla jak Polska. Z drugiej strony Niemcy, które zamykają stopniowo siłownie jądrowe, by definitywnie wygasić produkcję w 2022 roku, inwestują nie tylko w energetykę odnawialną, ale duże sumy idą na elektrownie węglowe.

Ciężki pakiet

W myśl unijnych wytycznych nad polską energetyką wisi obowiązek zmniejszenia emisji CO2 do atmosfery. Tomasz Chmal słusznie wskazuje, że to zła polityka, bo po pierwsze, UE wytwarza o wiele mniej gazów cieplarnianych niż USA, Chiny czy generalnie obie Ameryki i Azja. I redukcje emisji CO2 mają marginalny wpływ na klimat. Poza tym najwięcej gazów powstaje na świecie nie przy wytwarzaniu energii elektrycznej i cieplnej, ale przy produkcji różnego rodzaju towarów, które Europa masowo sprowadza zwłaszcza z Azji.

Zbigniew Ziobro, lider Solidarnej Polski, gdy jeszcze zasiadał w Parlamencie Europejskim, ostrzegał przed innym unijnym projektem groźnym dla naszej energetyki. Chodzi o marcowy szczyt energetyczny UE, gdzie zadeklarowano, że do 2050 roku Unia osiągnie redukcję emisji dwutlenku węgla do atmosfery o 80-95 proc., a do 2030, w pierwszym etapie, ma to być 43 procent. W dodatku UE planuje wprowadzenie parapodatku, który byłby nakładany na elektrownie węglowe za „trucie” środowiska, aby – zadaniem Ziobry – bardziej opłacało się produkowanie prądu z gazu niż węgla.

Trzeba też pamiętać o tym, że węgiel też może być źródłem… gazu. W kopalni „Wieczorek” od kilku miesięcy prowadzone są testy procesu podziemnego zgazowania węgla, aby sprawdzić bezpieczeństwo tej technologii. I te doświadczenia są obiecujące, choć trzeba mieć świadomość, że sporo jeszcze czasu musi zająć wdrożenie pozyskiwania gazu z węgla na skalę przemysłową.

Kopalnie bankrutują

Polska to chyba jedyny duży kraj posiadający bogate złoża węgla kamiennego, który odnotowuje od lat spadek jego wydobycia. Rocznie pozyskujemy około 90 mln ton tego paliwa, a jeszcze kilkanaście lat temu było to ponad 130 milionów. Co więcej, duże ilości węgla importujemy: w 2011 roku prawie 15 mln ton, w 2012 – 9 mln ton, a w 2013 – 10 mln ton.

Profesor Mariusz-Orion Jędrysek, poseł PiS i były główny geolog kraju, mówi, że nasze państwo samo zaprasza importerów do sprowadzania węgla, bo sprzyjają im choćby przepisy dotyczące zamówień publicznych.

– Jednostki budżetowe zgodnie z naszym prawem, bardziej nas ograniczającym niż prawo unijne, nie mogą w żaden sposób preferować zakupów węgla, ze względu na pochodzenie, z państw członkowskich Unii Europejskiej. Dlatego około 80 proc. zamówień na dostawę opału do tych jednostek (nawet wojsko czy szpitale) jest realizowane w oparciu o węgiel importowany – mówi prof. Jędrysek. Poza tym w połowie z węgla importowanego korzystają ciepłownie. – Kosztuje to podatników około 2mld zł rocznie, które wypływają z Polski, dosłownie idą z dymem, zamiast napędzać koniunkturę w górnictwie –podkreśla Jędrysek. I dodaje: – Importerzy zatem tylko zacierają ręce, a my uzależniamy się coraz bardziej od importu węgla z Rosji, doprowadzając do ruiny nie tylko górnictwo, ale wiele branż nawet daleko powiązanych z górnictwem.

Rząd kompletnie zignorował głosy części polityków i ekspertów, aby w odpowiedzi na rosyjskie embargo na polską żywność nasz kraj wprowadził embargo na rosyjski węgiel.

Sytuacja spółek węglowych jest bardzo zła, mają coraz większe długi, na hałdach zalega przynajmniej ponad 6 mln ton węgla (zapasy są trzy razy większe niż powinny), którego nie ma jak sprzedać. Zaczynają się protesty górników obawiających się zwolnień. A rząd robi niewiele, co więcej, ścierają się w nim różne pomysły ministerstw: Gospodarki i Skarbu Państwa, które nie mogą się dogadać. – Wygląda mi na to, że dwa ministerstwa na konającym górnictwie walczą o wpływy i synekury dla swoich niekompetentnych popleczników – przekonuje poseł Mariusz-Orion Jędrysek.

Górnicze związki obawiają się, że jeśli polityka rządu się nie zmieni, doprowadzi do likwidacji tego sektora. Okazuje się, że na węglu zarabia energetyka, ale już nie same kopalnie. Z kolei prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej Janusz Olszowski uważa, że w tej chwili trzeba szybko wdrożyć program, ale nie rozwoju, a powstrzymania górnictwa węgla energetycznego od upadłości. – Oprócz publicznych wystąpień nie ma żadnego wsparcia dla górnictwa, nie ma żadnych konkretów, w zasadzie to górnictwo dalej żyje w nieprzyjaznym systemie prawnym – mówił Olszowski na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji Gospodarki. I przypomniał, że w UE, ale nie tylko tu, wszystkie nośniki energii są objęte pomocą publiczną. Są to albo dotacje, albo ulgi podatkowe.

– Również i nasze górnictwo, i nasza energia z węgla, jeżeli nie będzie objęta specjalnym systemem, zniknie, ponieważ nie będzie w stanie konkurować z nośnikami, które są bardzo silnie dotowane lub wspierane w inny sposób – wyjaśniał posłom. Na razie jednak przełomu nie widać.

www.naszdziennik.pl