Energię elektryczną co prawda jesteśmy w stanie wyprodukować w stu
procentach z krajowego węgla i biomasy, ale już w przypadku gazu
ziemnego jesteśmy uzależnieni od importu – ponad 70 procent błękitnego
paliwa sprowadzamy z Rosji. Jeszcze gorzej jest z ropą naftową, która
pochodzi z importu w 95 procentach, również głównie z Rosji. O ile
jednak można sobie wyobrazić, że ropę przywozilibyśmy tankowcami z
państw Zatoki Perskiej czy innych kierunków, gdyby Rosja wstrzymała
dostawy, o tyle alternatywy dla Gazpromu jako dostawcy gazu na razie nie
ma. Trudno więc w takich warunkach mówić o niezależności energetycznej.
Przegrana Tuska
Newralgiczną kwestią przy rozważaniach o naszym bezpieczeństwie
energetycznym jest z pewnością gaz. To dlatego, że używany jest nie
tylko do celów bytowych, ale bez niego nie może funkcjonować też
przemysł, zwłaszcza sektor chemiczny. Pamiętamy zresztą kryzys gazowy
sprzed kilku lat, gdy Rosja zakręciła kurek i zmusiła PGNiG do
ograniczenia dostaw dla przemysłu, po to, żeby nie zabrakło gazu dla
mieszkańców. Obecnie również nie jesteśmy zabezpieczeni na podobną
ewentualność.
Dlatego cała opozycja, eksperci, obywatele kibicowali premierowi
Donaldowi Tuskowi, gdy w Unii Europejskiej zabiegał o utworzenie unii
energetycznej. Plan był ambitny, Tusk zakładał m.in., że uda się skłonić
przywódców innych państw członkowskich do wspólnych zakupów gazu od
Rosji w imię unijnej solidarności. Rychło jednak okazało się, że
entuzjazmu wobec unii energetycznej nie ma, że nie leży to w interesie
Niemiec, Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii, które żadnego zagrożenia
ze strony Rosji nie widzą.
Kluczowe okazało się jedno ze spotkań Tuska z Angelą Merkel, po
którym kanclerz Niemiec powiedziała, że unia energetyczna to temat
bardzo odległy. Ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak oceniał, że
premier Tusk po prostu przegrał z Merkel. Wygrać zaś nie mógł, bo – jak
podkreślił Szczęśniak – Niemcy odnoszą korzyści z obecnego modelu
współpracy gospodarczej w Rosją, więc nie zgodzą się na żadne zmiany.
Wspólne zakupy gazu są wbrew polityce niemieckiej.
Tę opinię podziela też Tomasz Chmal, ekspert ds. energetyki w
Instytucie Sobieskiego. Wyjaśnia on, że sama koncepcja unii
energetycznej jest dobra, ale Niemcy jej nie potrzebują.
– Niemcy chłodno przyjęli propozycję polskiego rządu, bo nie boją się
uzależnienia od Rosji tak jak Polska – mówi Tomasz Chmal. Berlin nie
boi się odcięcia dostaw przez Gazprom, a gdyby nawet tak się stało, to
Niemcy łatwo mogą kupić sobie gaz w Holandii i Norwegii.
Tak czy inaczej fiasko zabiegów Donalda Tuska o unię energetyczną
świadczy też o słabej pozycji Polski w UE. Teraz widać, że mało kto był
gotów poprzeć ten projekt i nawet mimo wojny na Ukrainie nie widać
bliskich perspektyw wprowadzenia w życie zasad unijnej solidarności
energetycznej. Polska powinna więc sama zadbać o własne bezpieczeństwo,
tylko że i pod tym względem przez ostatnie lata sytuacja wygląda
nienajlepiej.
Polskie „czarne złoto”
Polska ma natomiast atut w postaci ogromnych złóż węgla kamiennego,
które według raportu Państwowego Instytutu Geologicznego wynoszą ponad
48 mld ton, z czego w złożach zagospodarowanych znajduje się ponad 19mld
ton. Do tego dochodzi 45 mld ton węgla brunatnego.
Wydawałoby się więc, że nie powinniśmy robić nic innego, jak tylko
starać się wykorzystać węgiel na wszelkie możliwe sposoby. Donald Tusk
dużo mówił o „rehabilitacji węgla” w polityce energetycznej państwa, ale
nie zawsze za słowami szły czyny. Teraz powinniśmy nastawić się na
rozwijanie energetyki węglowej, która zapewnia nam ponad 95 proc. dostaw
prądu i – co ważne – w przypadku węgla jesteśmy samowystarczalni.
Trzeba więc modernizować istniejące bloki energetyczne i budować nowe,
inaczej niedługo Polsce zacznie brakować prądu i trzeba go będzie
importować.
Niestety, tutaj też brakuje zdecydowanych działań państwa. W Polsce
mamy 20 elektrowni węglowych, większość pracuje na węglu kamiennym.
Planowana jest budowa kilkunastu bloków gazowych (np. we Włocławku i na
warszawskim Żeraniu) o różnej mocy, kilku na biomasę i około 10 na
węgiel kamienny, np. nowy blok o mocy 1000 MW w Kozienicach, Jaworznie
(910 MW) – oficjalnie budowa rozpoczęła się w czwartek, ale one mogą być
w dłuższej perspektywie czasowej niewystarczające. Do tego dochodzą
inwestycje w energetyce opartej na węglu brunatnym. PGE buduje nowy blok
w Turowie (450 MW), a w dalszej przyszłości planowane jest także
uruchomienie kopalni odkrywkowej koło Gubina, a potem postawienie
elektrowni o mocy 2700 MW –prąd z niej ma popłynąć dopiero w 2030 roku.
Projekty energetyczne ciągle się zmieniają, niektóre są wciąż w fazie
koncepcyjnej (jak w Puławach), inne są odwoływane (jak w Katowicach).
Budowana miała być nowa elektrownia w Ostrołęce, ale koncern Energa
wycofał się z tej inwestycji. Oficjalnie – bo inwestycja była
nieopłacalna. Dziwne, bo przecież zużycie energii ciągle w Polsce
rośnie, więc siłownia nie pracowałaby na darmo. Ponadto Energa już
zainwestowała w tę budowę 200 mln zł, przygotowano dokumentację, wycięto
duże połacie lasu pod elektrownię. Dziś nie wiadomo, czy i kiedy
dojdzie do wznowienia tego projektu, który formalnie jest „tylko”
zamrożony.
Niewiele też brakowało, aby nici wyszły z rozbudowy Elektrowni Opole –
grupa PGE. Gdy kierował nią prezes Krzysztof Kilian, zarzuciła ten
projekt i dopiero osobista interwencja Tuska spowodowała rozpoczęcie
budowy.
Zdecydowana większość inwestycji jest realizowana przez spółki
państwowe, które miał wesprzeć rząd przy pomocy choćby Polskich
Inwestycji Rozwojowych, ale nie wiadomo, jak to będzie wyglądać w
praktyce. Część projektów energetycznych leży w gestii inwestorów
prywatnych, jak choćby budowa Elektrowni Północ, która ma powstać w
okolicach Pelplina. Ma ją budować spółka należąca do Jana Kulczyka, ale
tymczasem inwestycja wzbudziła protesty społeczne, bo mieszkańcy
obawiają się, że elektrownia wpłynie negatywnie nie tylko na przyrodę i
środowisko, ale również na miejscowe zabytki.
W ciągu najbliższej dekady nakłady na ten cel (razem z elektrownią
jądrową) mają wynieść 100 mld zł, jednak jeszcze przed rokiem podawana
była kwota 140 mld złotych. Ten spadek to skutek rezygnacji firm z
części planowanych inwestycji. Szkoda, bo w ciągu najbliższej dekady (a
nawet szybciej) ze względów technologicznych będziemy musieli zamknąć
część najstarszych bloków, które odpowiadają za blisko 10-12 proc.
dostaw energii. Co więcej, eksperci ostrzegają, że już za rok z powodu
spadku mocy grożą nam okresowe przerwy w dostawach prądu i być może
trzeba będzie sporo go importować, np. z Niemiec. Tak mszczą się
wieloletnie zaniechania w kwestii bezpieczeństwa energetycznego.
Na razie jeszcze technologicznie nie jesteśmy przygotowani do importu
dużych ilości prądu z Niemiec. Najpierw musi bowiem zostać
zmodernizowane połączenie energetyczne – chodzi o zainstalowanie tzw.
przesuwników fazowych. Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które
odpowiadają za przesył prądu, informowały, że w 2020 roku będzie możliwe
importowanie z Niemiec rocznie 4500 MW energii, a Niemcy w razie
potrzeby mogliby od nas kupić 1500 MW, czyli trzy razy mniej. Te 4500 MW
to już spora ilość, odpowiadająca produkcji dwóch elektrowni węglowych,
i jak obawia się część ekspertów, jeśli energia z Niemiec okazałaby się
tańsza, to wtedy byłaby kupowana kosztem krajowych wytwórców, a nie
tylko na ewentualne pokrycie niedoborów.
Wątpliwości budzi również sam projekt elektrowni jądrowej. Już koszt
budowy siłowni o mocy 3000 MW, szacowany na 40-60 mld zł, zastanawia, bo
za te pieniądze można by wybudować od 6 do 10 bloków takich jak w
Kozienicach, czyli o łącznej mocy 10 000MW. Musimy się też liczyć z tym,
że koszty elektrowni jądrowej okażą się w przyszłości znacznie wyższe, a
za kilkadziesiąt lat powstanie problem składowania odpadów nuklearnych,
co też jest bardzo drogie. Pamiętajmy również o tym, że nie mamy
własnego uranu, a węgiel – tak.
To prawda, że są kraje, takie jak Francja czy Japonia, które swoje
bezpieczeństwo energetyczne oparły na atomie, ale one nie dysponują
takimi zasobami węgla jak Polska. Z drugiej strony Niemcy, które
zamykają stopniowo siłownie jądrowe, by definitywnie wygasić produkcję w
2022 roku, inwestują nie tylko w energetykę odnawialną, ale duże sumy
idą na elektrownie węglowe.
Ciężki pakiet
W myśl unijnych wytycznych nad polską energetyką wisi obowiązek
zmniejszenia emisji CO2 do atmosfery. Tomasz Chmal słusznie wskazuje, że
to zła polityka, bo po pierwsze, UE wytwarza o wiele mniej gazów
cieplarnianych niż USA, Chiny czy generalnie obie Ameryki i Azja. I
redukcje emisji CO2 mają marginalny wpływ na klimat. Poza tym najwięcej
gazów powstaje na świecie nie przy wytwarzaniu energii elektrycznej i
cieplnej, ale przy produkcji różnego rodzaju towarów, które Europa
masowo sprowadza zwłaszcza z Azji.
Zbigniew Ziobro, lider Solidarnej Polski, gdy jeszcze zasiadał w
Parlamencie Europejskim, ostrzegał przed innym unijnym projektem groźnym
dla naszej energetyki. Chodzi o marcowy szczyt energetyczny UE, gdzie
zadeklarowano, że do 2050 roku Unia osiągnie redukcję emisji dwutlenku
węgla do atmosfery o 80-95 proc., a do 2030, w pierwszym etapie, ma to
być 43 procent. W dodatku UE planuje wprowadzenie parapodatku, który
byłby nakładany na elektrownie węglowe za „trucie” środowiska, aby –
zadaniem Ziobry – bardziej opłacało się produkowanie prądu z gazu niż
węgla.
Trzeba też pamiętać o tym, że węgiel też może być źródłem… gazu. W
kopalni „Wieczorek” od kilku miesięcy prowadzone są testy procesu
podziemnego zgazowania węgla, aby sprawdzić bezpieczeństwo tej
technologii. I te doświadczenia są obiecujące, choć trzeba mieć
świadomość, że sporo jeszcze czasu musi zająć wdrożenie pozyskiwania
gazu z węgla na skalę przemysłową.
Kopalnie bankrutują
Polska to chyba jedyny duży kraj posiadający bogate złoża węgla
kamiennego, który odnotowuje od lat spadek jego wydobycia. Rocznie
pozyskujemy około 90 mln ton tego paliwa, a jeszcze kilkanaście lat temu
było to ponad 130 milionów. Co więcej, duże ilości węgla importujemy: w
2011 roku prawie 15 mln ton, w 2012 – 9 mln ton, a w 2013 – 10 mln ton.
Profesor Mariusz-Orion Jędrysek, poseł PiS i były główny geolog
kraju, mówi, że nasze państwo samo zaprasza importerów do sprowadzania
węgla, bo sprzyjają im choćby przepisy dotyczące zamówień publicznych.
– Jednostki budżetowe zgodnie z naszym prawem, bardziej nas
ograniczającym niż prawo unijne, nie mogą w żaden sposób preferować
zakupów węgla, ze względu na pochodzenie, z państw członkowskich Unii
Europejskiej. Dlatego około 80 proc. zamówień na dostawę opału do tych
jednostek (nawet wojsko czy szpitale) jest realizowane w oparciu o
węgiel importowany – mówi prof. Jędrysek. Poza tym w połowie z węgla
importowanego korzystają ciepłownie. – Kosztuje to podatników około 2mld
zł rocznie, które wypływają z Polski, dosłownie idą z dymem, zamiast
napędzać koniunkturę w górnictwie –podkreśla Jędrysek. I dodaje: –
Importerzy zatem tylko zacierają ręce, a my uzależniamy się coraz
bardziej od importu węgla z Rosji, doprowadzając do ruiny nie tylko
górnictwo, ale wiele branż nawet daleko powiązanych z górnictwem.
Rząd kompletnie zignorował głosy części polityków i ekspertów, aby w
odpowiedzi na rosyjskie embargo na polską żywność nasz kraj wprowadził
embargo na rosyjski węgiel.
Sytuacja spółek węglowych jest bardzo zła, mają coraz większe długi,
na hałdach zalega przynajmniej ponad 6 mln ton węgla (zapasy są trzy
razy większe niż powinny), którego nie ma jak sprzedać. Zaczynają się
protesty górników obawiających się zwolnień. A rząd robi niewiele, co
więcej, ścierają się w nim różne pomysły ministerstw: Gospodarki i
Skarbu Państwa, które nie mogą się dogadać. – Wygląda mi na to, że dwa
ministerstwa na konającym górnictwie walczą o wpływy i synekury dla
swoich niekompetentnych popleczników – przekonuje poseł Mariusz-Orion
Jędrysek.
Górnicze związki obawiają się, że jeśli polityka rządu się nie
zmieni, doprowadzi do likwidacji tego sektora. Okazuje się, że na węglu
zarabia energetyka, ale już nie same kopalnie. Z kolei prezes Górniczej
Izby Przemysłowo-Handlowej Janusz Olszowski uważa, że w tej chwili
trzeba szybko wdrożyć program, ale nie rozwoju, a powstrzymania
górnictwa węgla energetycznego od upadłości. – Oprócz publicznych
wystąpień nie ma żadnego wsparcia dla górnictwa, nie ma żadnych
konkretów, w zasadzie to górnictwo dalej żyje w nieprzyjaznym systemie
prawnym – mówił Olszowski na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji
Gospodarki. I przypomniał, że w UE, ale nie tylko tu, wszystkie nośniki
energii są objęte pomocą publiczną. Są to albo dotacje, albo ulgi
podatkowe.
– Również i nasze górnictwo, i nasza energia z węgla, jeżeli nie
będzie objęta specjalnym systemem, zniknie, ponieważ nie będzie w stanie
konkurować z nośnikami, które są bardzo silnie dotowane lub wspierane w
inny sposób – wyjaśniał posłom. Na razie jednak przełomu nie widać.
www.naszdziennik.pl