Wysłuchanie publiczne zorganizowała w poniedziałek sejmowa
komisja ds. energetyki i surowców energetycznych, która pracuje nad
rządowym projektem.
Najwięcej miejsca zajęły głosy obywateli i
organizacji - przede wszystkim z Warmii i Mazur - w proteście przeciwko
budowie farm wiatrowych w pobliżu zabudowań i na terenach cennych
krajobrazowo, choć projekt tej ustawy zupełnie kwestiami lokalizacyjnymi
się nie zajmuje. Głównym postulatem było ustanowienie minimalnej
odległości wiatraka od zabudowań (dziś przepisy w tej sprawie są
rozproszone w kilku ustawach - PAP).
Padały głosy, że jeżeli
stan taki będzie się utrzymywał, wiatraki staną się "jedną z najbardziej
znienawidzonych form OZE". Budowa źródeł energii odnawialnej nie może
stać się przyczyną konfliktów społecznych - argumentowali zwolennicy
odsunięcia wiatraków od zabudowań.
Lepiej, żeby ustawa o OZE była
neutralna w tych kwestiach - ocenił z kolei wiceminister gospodarki
Jerzy Pietrewicz. "Jeśli ten spór do tego projektu przeniesiemy, obawiam
się, że ustawa nie ujrzy światła dziennego przez kilka lat" -
powiedział dziennikarzom po wysłuchaniu.
Dużo miejsca zajęła
sprawa współspalania biomasy z węglem w dużych blokach energetycznych, z
którego pochodzi dziś ok. połowa "zielonej" energii w Polsce.
Przedstawiciele organizacji ekologicznych wnosili o całkowite odebranie
współspalaniu wsparcia. Argumentowali, że do współspalania dopłaca się
miliardy, a nie generuje ono żadnych nowych inwestycji i innowacji.
Przedstawiciele
firm energetycznych, wykorzystujących współspalanie podnosili z kolei,
że projekt i tak ogranicza wsparcie, że powinna to być technologia
jedynie uzupełniająca, a przy produkcji biomasy na ten cel pracują
dziesiątki tysięcy ludzi.
Przedstawiciele branży ciepłowniczej zgłaszali zastrzeżenia
do zapisów, zobowiązujących do odkupowania całości "zielonego" ciepła.
Czy to oznacza, że jakaś stara kotłownia paląca drewnem zacznie wypierać
nowoczesne instalacje kogeneracyjne, bo będzie miała pierwszeństwo -
pytali.
Wiele wniosków dotyczyło też prosumentów - czyli
właścicieli mikroinstalacji OZE, produkujących energię na własne
potrzeby i odsprzedających ich nadwyżki do sieci. Powszechną krytykę
zwolenników takiej działalności wzbudził proponowany przepis, że za taką
odsprzedaż prosument otrzymuje 80 proc. ceny rynkowej. Ponieważ przepis
ten obowiązuje już w innej ustawie, Fundacja ClientEarth zapowiedziała
nawet zaskarżenie go do Trybunału Konstytucyjnego.
Z kolei
przedstawiciele operatorów systemów przesyłowego i dystrybucyjnych prądu
wnosili o to, by OZE można było przyłączać do sieci dopiero po analizie
wpływu niestabilności takich źródeł na cały system, a nie
automatycznie.
Swoje postulaty zgłosili też przedstawiciele
branży biogazowej. Podkreślali, że kilka lat temu rząd zachęcał do
inwestowania w biogazownie, a dziś - ponieważ jest to stosunkowo drogie
źródło energii - nieliczne jeszcze instalacje są na krawędzi bankructwa.
Zgodnie z projektem to rząd ma decydować, ile energii
odnawialnej potrzebuje - m.in. dla spełnienia celów polityki
klimatycznej UE. Wprowadza się system aukcji na "zieloną" energię.
Aukcję wygra ten, kto zaproponuje najniższą cenę. W zamian dostanie
gwarancję wsparcia przez 15 lat.
Zgodnie z rządowym projektem,
aukcje będą oddzielne dla dużych i małych instalacji. Minister
gospodarki będzie podawał tzw. "cenę referencyjną", czyli maksymalną, za
jaką będzie można zakupić w danym roku energię z OZE. Wspieranie źródeł
odnawialnych zostanie przerzucone na konsumentów, którzy mają mieć
doliczoną do rachunku "opłatę OZE", która w 2015 r. ma wynieść 2,27 zł
za każdą zużytą megawatogodzinę. Ocena skutków regulacji szacuje koszt
przyszłej ustawy na ok. 4 mld zł rocznie. Przedstawiciele rządu
wielokrotnie podkreślali, że ustawa ma umożliwić racjonalizację wsparcia
dla OZE i osiągnięcie celów jak najmniejszym kosztem.
www.cire.pl