„Zaobserwowano zmniejszenie dostaw gazu ziemnego w ramach kontraktu
jamalskiego na połączeniach międzysystemowych w Drozdowiczach (Ukraina),
Kondratkach (Białoruś) i Wysokoje (Białoruś) w stosunku do zamówień
składanych przez spółkę” –podała spółka w komunikacie.
Z raportu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa dowiadujemy
się, że w poniedziałek dostawy z kierunku wschodniego zostały
zredukowane o blisko 20 proc., natomiast dzień później już o prawie 24
proc. w stosunku do zamówienia złożonego do spółki Gazprom Export.
Obecnie trwa wyjaśnianie przyczyn zmniejszenia dostaw gazu ze
Wschodu. PGNiG stara się ustalić, czy mają one charakter techniczny czy
handlowy. Jednocześnie spółka zapewnia, że dostawy gazu do odbiorców
przebiegają bez zakłóceń.
„Brakujące wolumeny zostały skompensowane poprzez dostawy gazu na
innych punktach wejścia do polskiego systemu przesyłowego” – czytamy w
komunikacie. Według PGNiG, nie ma obecnie konieczności uruchamiania
odbioru gazu z podziemnych magazynów. Cała pojemność magazynowa przed
sezonem zimowym została napełniona gazem.
Operator gazociągów przesyłowych Gaz-System poinformował z kolei, że w
pełni wykorzystuje przepustowość interkonektorów z Niemcami w Lasowie i
z Czechami w Cieszynie, którymi gaz płynie do Polski. Słowacki operator
Eustream podał, że tranzyt gazu przez największą magistralę gazową,
biegnącą przez Ukrainę i Słowację do Europy Zachodniej, przebiega bez
zakłóceń. Ukraiński operator gazociągów Ukrtransgaz twierdzi, że Rosja
zaczęła ograniczać dostawy surowca do Polski, by zakłócić rewers na
Ukrainę.
Co spowodowało zmniejszenie dostaw? Czy to działanie celowe o
charakterze politycznym, wybuch wojny gazowej, a może zwykły wypadek
przy pracy?
– Najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja, że jest to odpowiedź
na uzgodnienie przez Unię Europejską dalszych sankcji wobec Rosji.
Zbieżność w czasie jest nieprzypadkowa. Rosja chce zademonstrować, co
może się stać, gdy nowe sankcje wejdą w życie, a przy okazji sprawdzić
odporność Unii przez „wstępne rozpoznanie bojem” – twierdzi Paweł
Nierada, ekspert ds. gazu Instytutu Sobieskiego. – Nie sądzę, aby był to
początek wojny gazowej. Na to jest jeszcze za ciepło – dodaje.
Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu Biznes Alert, zwraca
uwagę w komentarzu, że ograniczono dostawy ze Wschodu do blisko 80
procent.
– Klauzula „take or pay” wiążąca obie strony umowy gazowej opiewa
właśnie na blisko 80 proc. wolumenu dostaw. Zmniejszenie ich do minimum
przewidzianego umową jest zatem zgodne z prawem. Wtedy mielibyśmy do
czynienia z przyczyną o charakterze handlowym – twierdzi Jakóbik. – Nie
wynika ono najprawdopodobniej z nowej wojny gazowej, ponieważ przerwy
nastąpiły nie tylko na połączeniach gazowych z Ukrainą, ale także z
Białorusią – wskazuje.
Ale możliwe jest również, jego zdaniem, że Gazprom realizuje plan
przedstawiony na łamach „Financial Times”. Chodzi mianowicie o to, że
ograniczenie dostaw to sposób na zablokowanie rewersów na Ukrainę,
świadczonych przez Polskę, Słowację i Węgry.
– Wspomniane rozwiązanie zablokowałoby dostawy nad Dniepr, ale i uderzyło w ceny surowca na rynku europejskim – zauważa Jakóbik.
Ukraina jest od czerwca odcięta od rosyjskich dostaw gazu z powodu niepłacenia za dostawy.
www.naszdziennik.pl