Kiedy w USA zaczął się łupkowy boom?
– Wydobywanie gazu z łupków zaczęło się na początku poprzedniej
dekady. W ostatnich latach można już mówić o gwałtownym rozwoju tej
branży. W tej chwili Stany Zjednoczone są największym na świecie
producentem gazu łupkowego. Inne kraje, które mają potencjalnie duże
zasoby tego surowca, pozostają daleko w tyle. Początki zaś wcale nie
były łatwe, bo gdy zaczęto wiercenia poszukiwawcze, to na 700 odwiertów w
żadnym nie stwierdzono takiej ilości gazu, aby opłacało się go
przemysłowo wydobywać. Dopiero w latach 1999-2000 nastąpił przełom, gdy
zastosowano metodę szczelinowania hydraulicznego opracowaną przez
George’a T. Mitchella. Szczelinowanie było znane już co prawda od 60
lat, ale Mitchell je udoskonalił, co ułatwiło pozyskiwanie gazu. Teraz
ta metoda jest jeszcze bardziej udoskonalona i szczelinowanie odbywa się
wieloetapowo. Zresztą łupki kryją nie tylko gaz, ale i ropę naftową i
ją też można wydobywać.
Jak łupki wpłynęły na gospodarkę USA?
– Po dziesięciu latach rozwijania tej branży Ameryka stała się
samowystarczalna energetycznie. A przecież jeszcze niedawno USA były
największym importerem paliw, głównie z krajów arabskich. Dziś to
Amerykanie szukają rynków zbytu dla swojego gazu. Także kraje Unii
Europejskiej, gdy debatują nad przyszłością swojego gazownictwa,
rozważają przywóz „błękitnego paliwa” z USA.
Dlaczego w USA się to udało, a na Starym Kontynencie nie?
– Zadecydowały o tym głównie dwa czynniki. Po pierwsze, dostępność
technologii i sprawność wierceń. Podam taki przykład. Gdy w Rosji
wykonano 600 metrów wierceń, to w USA w tym samym czasie firmy były w
stanie przeprowadzić sześć pełnych odwiertów, każdy po kilka kilometrów.
A po drugie, w Stanach rząd nie miesza się do prywatnego biznesu,
pozwala mu na swobodną działalność w ramach obowiązującego prawa. Także w
kwestii przestrzegania ochrony środowiska. Ale to prawo jest stabilne. W
zamian państwo oczekuje od firm energetycznych dużych wpływów
podatkowych z tytułu wydobycia gazu, ale także powstania tysięcy nowych
miejsc pracy. To wszystko przekłada się na poprawę sytuacji ekonomicznej
kraju.
I te cele udaje się osiągnąć?
– Podam panu jeden przykład.
W Kolorado, stanie, który jest o 45 tys. km2 mniejszy od Polski, w
ostatnich trzech latach wykonano około 60 tys. odwiertów, i to głównie w
jego północnej części. Zatrudnienie znalazło 110 tys. osób na
wysokopłatnych stanowiskach, bo praca w tej branży wymaga odpowiednich
kwalifikacji. Do kasy stanu wpłynęło zaś ponad 1,6 mld dolarów z
podatków, a te dochody będą co rok jeszcze wyższe. Ale i tutaj niektóre
hrabstwa chciałyby wprowadzenia zakazu szczelinowania. Jak obliczyli
naukowcy z University of Colorado Boulder, pociągnęłoby to za sobą
utratę prawie 70tys. miejsc pracy i blisko 600 mln dolarów podatków
rocznie. Ale jeśli ten biznes będzie się rozwijał, to w ciągu 25 lat
powstanie kolejnych blisko 100 tys. miejsc pracy, a władze Kolorado
zbiorą w tym czasie 100 mld dolarów z podatków od gazu. Także w innych
stanach, takich jak Północna Karolina i Teksas, z roku na rok rośnie
produkcja gazu i ropy z łupków. To się po prostu opłaca i jest korzystne
dla państwa. Ponadto sukcesy odniesione przez jedne firmy napędzają
inwestycje prowadzone przez inne koncerny.
W UE i Polsce w pewnym momencie zainteresowanie łupkami było ogromne.
Ale potem entuzjazm opadł. Przede wszystkim z powodu protestów
organizacji ekologicznych, które twierdzą, że w USA inwestycje w gaz
łupkowy okazały się szkodliwe dla ludzi i środowiska.
– Te zarzuty i oskarżenia są bezpodstawne. Szczelinowanie okazało się
przełomem w przemyśle naftowym, ale rzeczywiście od początku pojawiły
się protesty. Tak samo jest w Polsce, gdzie głos zabierają ludzie
nieznający się na łupkach, ale straszący Polaków katastrofą ekologiczną,
jeśli uruchomimy to wydobycie. Tymczasem takiego zagrożenia nie ma. Do
wody i piasku, które są używane do szczelinowania, dodawane są bardzo
małe ilości chemikaliów, które powodują zablokowanie rozwoju bakterii i
ułatwiają wydobycie surowca. Ilość tych chemikaliów jest bardzo mała i
nie stanowią one zagrożenia dla ludzi i środowiska, w tym wód
gruntowych. Ludzie nie mają się czego obawiać.
Ta kampania dyskredytująca gaz łupkowy z powodów „ekologicznych”
odbywa się często z inicjatywy i za pieniądze Gazpromu, bo rosyjski
koncern boi się konkurencji. Zresztą antyłupkowa propaganda jest
uprawiana nie tylko w Europie, ale także tutaj, w Ameryce. Jesteśmy
straszeni tym, że zatrute zostaną wody gruntowe, środowisko, w którym
żyje człowiek. Te zarzuty nie mają nic wspólnego z prawdą. Co roku
wykonuje się w całych Stanach 10 tysięcy nowych odwiertów i nikt z tego
powodu nie cierpi, nie ma zachorowań czy zatruć z powodu wydobycia gazu
łupkowego. Ale ta propaganda w UE odniosła niestety pewne skutki i wielu
europejskich decydentów patrzy na tę branżę niechętnie. Tymczasem
amerykańskiej technologii szczelinowania nie trzeba się bać, ona została
dokładnie opracowana i sprawdzona już przy dziesiątkach tysięcy
odwiertów. Nie niesie więc ryzyka, o jakim potrafią pisać dziennikarze,
którzy nie znają się na tych sprawach, a tylko gonią za sensacją. I
cytują niesprawdzone informacje.
Z czego, Pana zdaniem, wynika niechęć do łupków części polskich naukowców, polityków i zahamowanie rozwoju tej branży?
– Numer jeden to jest brak wiedzy. Drugim powodem jest kampania
Gazpromu, który jest głównym dostawcą gazu do Polski. Rosjanie zaś
chcieliby zachować swoją pozycję. Ale prace poszukiwawcze kuleją także z
powodu decyzji rządu. Nie można bowiem po wydaniu inwestorom ponad 100
koncesji jednostronnie zmieniać reguł gry. Ponadto koncerny
energetyczne, które chciały działać w Polsce, zrezygnowały ze swoich
ambitnych projektów, gdy usłyszały oskarżenia podnoszone przez niektóre
środowiska i media, że chcą ukraść polski gaz. Polska przestałaby być
dla nich atrakcyjna i z tego powodu, że w tym samym czasie otworzyły się
możliwości prowadzenia poszukiwań gazu w innych krajach. Obawiam się,
że program pozyskiwania paliwa z łupków może zostać zatrzymany nad Wisłą
na wiele lat. Bo nie wierzę, żeby ci zagraniczni inwestorzy teraz
szybko wrócili do Polski, jeśli nie zostaną do tego zachęceni. O tym, że
koncerny energetyczne są gotowe ponieść duże ryzyko, świadczy przykład
Ukrainy. Tam zainwestowano w łupki 10 mld dolarów, choć
prawdopodobieństwo znalezienia gazu jest dużo mniejsze niż w Polsce. To
ich jednak nie zniechęciło.
Polska nie wykorzystuje więc swojej szansy?
– Nie wykorzystuje. W Polsce wydobywa się gaz i niewielkie ilości
ropy z konwencjonalnych odwiertów. Moim zdaniem, gdyby uruchomiono
szczelinowanie, to szybko wydobycie tych paliw mogłoby wzrosnąć
dziesięciokrotnie. Teraz już naprawdę nie mamy na co czekać. Gdyby
Polska uruchomiła wydobycie gazu przy pomocy amerykańskich technologii,
to w ciągu kilku lat znacznie poprawiłaby swoje bezpieczeństwo
energetyczne. To oczywiście wymaga udostępnienia pól gazowych i
naftowych na korzystnych warunkach ekonomicznych, potrzebne jest też
przyjazne podejście do biznesu. Takie jak w Ameryce. Państwo w zamian
dostanie nie tylko własny gaz do własnych sieci, ale i podatki. Do tego
dojdą możliwości eksportowe.
Które kraje, oprócz USA, mogą się pochwalić sukcesami w pozyskiwaniu gazu łupkowego?
– Poza Stanami Zjednoczonymi najbardziej zaawansowana w produkcji
tego surowca jest Kanada. Inwestorów przyciągają też skutecznie
Argentyna czy Brazylia. Ale w tych krajach nie udało się jeszcze
oszacować zasobów gazu i uruchomić wydobycia na wielką skalę. Jednak to
są obiecujące rynki. Tak więc widać, że ta branża ma przyszłość i
ogromne perspektywy. Polska nie powinna pozostać w tyle. Podkreślam
jeszcze raz: łupków nie trzeba się bać, ich wydobywanie jest bezpieczne
dla ludzi i środowiska. A do tego przynoszą ogromne korzyści, bo
wpływają na rozwój gospodarczy, mogą też przyczynić się do poprawy stanu
finansów państwa i samorządów.
www.naszdziennik.pl