Ta koncepcja nie jest nowa, bo temat unii energetycznej co jakiś czas
powracał w dyskusjach ekspertów i urzędników Komisji Europejskiej, ale
do tej pory był traktowany jako jeden z wielu pomysłów na unifikację
gospodarczą państw UE. Dopóki Rosja nie zajęła Krymu, dopóki walki nie
objęły wschodnich obwodów Ukrainy, nikt się specjalnie nie interesował
budową jednego unijnego rynku energetycznego. Bo państwa UE mają
rozbieżne interesy w tej kwestii, a przede wszystkim w starej „15”,
która nadaje ton Unii, nie ma takich obaw o bezpieczeństwo energetyczne
jak w naszym regionie Europy. Dlatego początkowo wydawało się, że pomysł
rzucony przez premiera Donalda Tuska trafi na podatny grunt.
Jeśli mówimy o unii energetycznej, to trzeba od razu zastrzec, że
dotyczy ona w praktyce tylko gazu. W UE spora część energii jest
wytwarzana w siłowniach jądrowych i tutaj Europa spokojnie może sobie
poradzić bez Rosji. To samo dotyczy ropy naftowej, bo teoretycznie w
szybkim tempie można by zastąpić naftę rosyjską dostawami z innych
kierunków, głównie z Bliskiego Wschodu. Część państw – głównie Polska –
wytwarza zaś prąd przede wszystkim z własnego węgla. Z gazem już tak
dobrze nie jest, bo nie można, ot tak sobie, odciąć się od rosyjskiej
rury, to wymagałoby ogromnych inwestycji i wielu lat pracy. Receptą na
to ma być – w zamyśle polskiego premiera – unia energetyczna.
Co proponuje Tusk?
Rosja – czyli Gazprom – to znaczący gracz na unijnym rynku gazowym. Z
danych Stowarzyszenia Przemysłu Gazowego Eurogas wynika, że w 2013 roku
państwa UE zużyły 462 mld m3 gazu. Z czego 1/3 pochodziła z własnych
złóż, ale już na drugim miejscu jest gaz rosyjski – Gazprom zapewnia
pokrycie aż 27 proc. zapotrzebowania na „błękitne paliwo” w Unii. W
niektórych dawnych państwach komunistycznych jest on niemal monopolistą,
a w Polsce gaz z Rosji to grubo ponad połowa zużycia. Trzecim dostawcą
dla UE jest Norwegia (23 proc.), a na kolejnych miejscach są Algieria (8
proc.) i Katar (4 proc.). I Donald Tusk zaproponował uregulowanie tego
ogromnego rynku, po to, aby poprawić bezpieczeństwo energetyczne UE.
Według polskiego premiera, Unia powinna wprowadzić kilka rozwiązań,
chodzi głównie o: wspólne negocjowanie nowych kontraktów z zewnętrznymi
dostawcami, wzmocnienie solidarności między państwami na wypadek
odcięcia dostaw źródeł energii, dofinansowanie rozbudowy infrastruktury
energetycznej z unijnych pieniędzy (do 75 proc. kosztów), pełne
wykorzystanie europejskich zasobów paliw kopalnych (w tym węgla),
sprowadzanie gazu i ropy do UE od innych partnerów (zwłaszcza ze Stanów
Zjednoczonych) oraz zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego sąsiadom
UE, w tym Ukrainie, Gruzji, Bałkanom.
Ta propozycja spotkała się z ciepłym przyjęciem Komisji Europejskiej,
co nie dziwi, bo Bruksela sama od lat pracuje nad taką unią pod hasłem
„europeizacji polityki energetycznej”. Komisarz ds. energii Guenther
Oettinger zapowiedział, że ten temat będzie dominował podczas
czerwcowego szczytu UE. Pozytywnie też do unii energetycznej odnosi się
Francja, ale już Niemcy są w tej kwestii co najmniej powściągliwe, żeby
nie powiedzieć – krytyczne. – Niemcy chłodno przyjęli propozycję
polskiego rządu – nie ma wątpliwości Tomasz Chmal, ekspert ds.
energetyki z Instytutu Sobieskiego. Tłumaczy on, że stanowisko Berlina
będzie kluczowe, a Niemcy nie boją się uzależnienia od Rosji tak jak
Polska. Wynika to nie tylko z bardzo dobrych relacji
niemiecko-rosyjskich, czego przejawem jest choćby Gazociąg Północny (to
taka niemiecko-rosyjska unia energetyczna), ale i z tego, że gdyby nawet
Gazprom chciał odciąć Niemcom dostawy, to ci łatwo by sobie z tym
poradzili dzięki połączeniom z polami gazowymi w Norwegii i Holandii.
Niechciana unia
Tomasz Chmal podkreśla, że sam pomysł unii energetycznej nie jest
zły, ale jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach i trzeba tę koncepcję
dopracować. Utworzenie takiej unii wcale nie musiałoby poprawić naszego
bezpieczeństwa ani zmniejszyć uzależnienia od Rosji.
Poseł Zbigniew Kuźmiuk (PiS) obawia się, aby skutkiem unii
energetycznej nie było to, że do Polski nadal docierałby surowiec
sprzedawany przez Gazprom, ale za pośrednictwem niemieckich gazociągów.
Taka niezależność od Rosji byłaby więc bardzo iluzoryczna, a w dodatku
mocno ograniczałoby to naszą suwerenność, bo patrząc na pozycję Polski w
UE, trzeba się bardzo mocno obawiać o to, czy mielibyśmy znaczący głos w
rozmowach Brukseli z Moskwą na temat dostaw i cen gazu i czy nasze
postulaty byłyby brane pod uwagę.
Niemcy czy Włosi nie palą się do unii energetycznej, bo nie chcą
sobie psuć dobrych relacji z Rosją. Także inne państwa trudno jest
namówić do współpracy, nawet jeśli tak jak Bułgaria czy Węgry są jeszcze
bardziej uzależnione od rosyjskiego gazu niż my.
Unią energetyczną z oczywistych powodów nie jest też zainteresowany
Gazprom, a bez jego zgody nie ma mowy o zmianie warunków kontraktowania
gazu. I UE nie będzie w stanie do tego zmusić prezydenta Władimira
Putina, który decyduje de facto o działaniach Gazpromu. Doktor Cezary
Mech, były wiceminister finansów, zwraca uwagę na to, że Rosja ma
zdywersyfikowany eksport gazu i nie jest zależna od Unii Europejskiej.
Co więcej, ma możliwości zwiększenia sprzedaży gazu na ogromny rynek
chiński, a negocjacje gazowe z Chinami trwają już 10 lat. Jeszcze w maju
prezydent Putin uda się z wizytą do Pekinu i niewykluczone, iż właśnie
wtedy zostanie podpisany ogromny kontrakt gazowy, który przewiduje, że
przez 30 lat Rosja dostarczy do Państwa Środka gaz o wartości 1 bln
dolarów (średnio to ponad 30 mld dolarów rocznie).
– Im bardziej Rosja będzie skonfliktowana ze Stanami Zjednoczonymi i
Unią Europejską, tym chętniej będzie patrzyła w kierunku Chin –
argumentuje Cezary Mech. I jeśli rosyjskie plany zostaną zrealizowane,
to raczej nie mamy co liczyć na znaczącą obniżkę cen „błękitnego paliwa”
ze wschodniego kierunku. To zaś będzie rzutować na konkurencyjność
także polskiej gospodarki.
Sami o siebie zadbajmy
Polska ma jednak możliwości, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo dostaw
nośników energii bez oglądania się na unię energetyczną. Zbigniew
Kuźmiuk wskazuje, że premier powinien w pierwszej kolejności dopilnować
zakończenia budowy gazoportu w Świnoujściu (a ta jest mocno opóźniona),
aby jak najszybciej do naszej sieci trafił gaz skroplony z Kataru.
Istotnym elementem jest także powrót do idei budowy gazociągu łączącego
Polskę z siecią w Danii (Baltic Pipe), bo wtedy moglibyśmy odbierać duże
ilości gazu np. ze złóż norweskich. Poza tym należy rozbudowywać
magazyny gazowe w kraju, ale kluczowym zagadnieniem jest uruchomienie na
dużą skalę poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego w Polsce. To zaś
wymaga przyjęcia przez rząd i parlament choćby odpowiednich uregulowań
prawnych, które spowodowałyby, że zachodnie koncerny energetyczne
zaryzykowałyby wydanie miliardów euro na inwestycje w Polsce. Nawet
jeśli przyjmiemy najbardziej ostrożne szacunki dotyczące naszych zasobów
gazu w łupkach (około 1 bln m3), to i tak jest to bardzo duża ilość, bo
rocznie zużywamy ponad 14 mld m3 „błękitnego paliwa”. Warto więc po te
zasoby sięgnąć.
Jednak zanim gaz łupkowy popłynie przez polskie gazociągi,
bezpieczeństwo energetyczne zapewniać powinien nam węgiel. To paliwo
jest od dawna na cenzurowanym w UE, a i polskie władze traktują je po
macoszemu, o czym świadczą kłopoty spółek wydobywczych i brak inwestycji
w rozwój elektrowni węglowych, a przecież węgiel kamienny i brunatny
zapewnia nam ponad 90 proc. dostaw prądu. Kryzys na Ukrainie spowodował,
że Donald Tusk zaczął mówić o „rehabilitacji węgla”, ale za słowami na
razie nie idą czyny. Tymczasem czas jest dobry ku temu, aby skłonić UE
do zmiany jej polityki energetycznej.
Tomasz Chmal zauważa, że teraz wreszcie zaczęto w Unii rozmawiać o
bezpieczeństwie energetycznym, bo wcześniej eurokraci skupiali się tylko
na kwestiach ekologicznych. Naciskali na zmniejszenie emisji CO2, co w
praktyce oznaczało likwidowanie elektrowni węglowych, i inwestowanie w
„zieloną energię”. Nikt zaś nie mówił o bezpieczeństwie dostaw prądu
oraz ciepła i do wielu decydentów zaczyna docierać fakt, że UE popełniła
poważny błąd, który trzeba naprawić. – Teraz jest czas na
przeorientowanie unijnej polityki energetycznej – mówi Tomasz Chmal. I
to jest zadanie dla naszych władz.
Bo „zielona energia” okazała się pułapką. Jest bardzo droga i bez
dotacji by się nie utrzymała. Nasze Ministerstwo Gospodarki wyliczyło,
że w 2013 roku koszt produkcji jednej megawatogodziny (MWh) w elektrowni
węglowej wynosił średnio 282 złote. Jeśli tę samą 1 MWh wytwarzamy w
siłowni jądrowej, to kosztuje ona już 313 zł, czyli mniej więcej tyle
samo, ile w elektrowni opalanej gazem. O wiele droższy jest już za to
prąd z „zielonej energii”. W przypadku turbin wiatrowych koszt produkcji
1 MWh to 466 zł, w elektrowniach wodnych wzrasta do 484 zł, na morskich
farmach wiatrowych wynosi już 713 zł, a w przypadku fotowoltaniki
(energia słoneczna) aż 1091 złotych. Tylko czy polskie gospodarstwa
domowe stać na aż takie wydatki na energię? Wszak Niemcy, którzy przez
ekologów są stawiani za wzór społeczeństwa preferującego ekoenergię,
płacą o wiele więcej za energię niż mieszkańcy innych rozwiniętych
krajów, bo znaczna część ich rachunków to właśnie dotacje do „zielonej
energii”. I to zaczyna im coraz bardziej doskwierać.
Zwolennicy odnawialnych źródeł energii przekonują, że dzięki
rozwojowi tej branży mielibyśmy nie tylko „czystą energię”, ale mogłoby
powstać w Polsce też 100 tys. nowych miejsc pracy. Tylko że – jak
szacuje Tomasz Chmal – przestawianie Polski na „zieloną energię”
oznaczałoby likwidację około 300 tys. stanowisk pracy w tradycyjnej
energetyce i górnictwie węglowym. Rachunek nijak nie wychodzi na plus.
Po pierwsze węgiel
Dane dotyczące kosztów wytwarzania prądu ze źródeł
niekonwencjonalnych jednoznacznie pokazują, iż niezależność energetyczna
i konkurencyjność Polski to zasługa energetyki węglowej. Nie jesteśmy
tak bogaci jak Niemcy, żeby dopłacać do prądu wytwarzanego przez turbiny
wiatrowe czy kolektory słoneczne. Tym bardziej że węgla mamy dużo.
Potwierdzone zasoby geologiczne Polski to prawie 50 mld ton węgla
kamiennego i 23 mld ton brunatnego. Przy czym zasoby przemysłowe – czyli
te, które można wydobywać – szacowane są na 6 mld ton węgla kamiennego i
1,3 mld ton brunatnego. To nie oznacza jednak, że tylko tyle węgla
można pozyskać. Wszystko bowiem zależy od rozpoczęcia inwestycji w nowe
pokłady, co w tej chwili wygląda niestety kiepsko. Zresztą zamiast
rozwijać wydobycie, nasze kopalnie muszą ograniczać pozyskiwanie węgla,
bo mają na hałdach miliony ton niesprzedanego surowca. Widać to
zwłaszcza na przykładzie Kompanii Węglowej, która ogłosiła przestój, bo
ma „nadprodukcję” węgla. To nie znaczy, że elektrownie zmniejszyły
zamówienia, po prostu importują ogromne ilości węgla, zwłaszcza z Rosji i
Ukrainy. Z jednej strony więc rząd mówi o konieczności uniezależnienia
się od rosyjskiego gazu, a z drugiej toleruje sytuację, że zaczynamy się
uzależniać także od rosyjskiego węgla. Roczne wydobycie węgla
kamiennego wynosi około 80 mln ton, a mogłoby być wyższe (do tego
dochodzi około 65 mln ton węgla brunatnego) i zapewnić górnictwu
opłacalność i przyszłość.
Doktor inż. Piotr Buchwald, były prezes Wyższego Urzędu Górniczego,
wskazuje, że to węgiel zapewnia nam 80 proc. energii zużywanej co roku w
Polsce, a więc import to tylko 20 proc. w bilansie energetycznym kraju.
Tylko, bo tymczasem w UE przeciętnie wskaźnik uzależnienia
energetycznego przekracza 50 proc., czyli jest ponad dwa razy wyższy niż
u nas.
Mamy też ogromne rezerwy, bo polska energetyka jest technologicznie
zacofana. To dlatego, że przez wiele lat nie budowano nowych bloków w
siłowniach węglowych, które są bardziej wydajne od obecnych, już
przestarzałych i mocno wyeksploatowanych. Chodzi o to, że ich sprawność
wynosi tylko 30 procent, natomiast nowe bloki zapewniają sprawność na
poziomie około 50 proc. i przy niższej emisji CO2 – czyli z tej samej
ilości węgla można wyprodukować o wiele więcej energii. A tej nam będzie
rzeczywiście coraz więcej potrzeba. I dlatego musimy inwestować w nowe
moce. To, co jest lub ma być budowane, czyli nowe bloki w elektrowniach w
Kozienicach, Jaworznie i Opolu, to zdecydowanie za mało.
Premier Tusk obiecuje, że „będzie walczył” o polski węgiel. Tylko że
na razie z tych deklaracji niewiele wynika. Bo szef rządu wstrzymuje się
z jednoznacznymi deklaracjami, jak np. władze będą chronić polski rynek
węgla przed importem. Górnicy obawiają się, że obietnice składane przez
premiera są wymuszone przez kampanię do Parlamentu Europejskiego, a
potem o tej sprawie „zapomni”. Piotr Buchwald wskazuje, że rządowi
brakuje strategii powiązania górnictwa z energetyką.
Co jednak znamienne, część państw zachodnich „rehabilituje” węgiel w
szybszym tempie niż Polska. W Niemczech wzrosła w ostatnich kilku latach
produkcja energii z węgla, co więcej – Berlin rozważa budowę nowych
siłowni, to samo planują też np. Włosi i Holendrzy. To pokazuje, że i w
UE można znaleźć koalicję państw zainteresowanych rozwojem energetyki
węglowej. Poza tym wielu ekspertów wskazuje na możliwości zgazowania
węgla pod ziemią.
Krzysztof Losz
www.naszdziennik.pl