Co prawda niektórzy unijni politycy nawet się o tym projekcie
wyrażali pozytywnie, nawet zgadzali się z tym, że kraje unijne powinny
być mniej zależne od rosyjskich surowców energetycznych, zwłaszcza gazu,
ale poza tymi czysto werbalnymi deklaracjami nikt nie posunął się
dalej. I nie posunie. Nie ma się też co łudzić, że na zmianę postaw
państw UE wpłyną piątkowe rozmowy o gazie między Rosją, Ukrainą a UE.
Unii energetycznej nie będzie, bo nie opłaca się ona największym
unijnym gospodarkom, zwłaszcza Niemcom. Berlin, Paryż czy Rzym mają z
Gazpromem dobrze ułożone relacje, płacą stosunkowo mało za gaz, mniej
niż Polska, więc nie mają interesu w tym, aby szukać jakichś nowych
rozwiązań, budować unię energetyczną, oddać kwestie zakupu gazu w ręce
Komisji Europejskiej. Nie są tak jak my uzależnieni od dostaw ze Wschodu
i nie chcą sobie wiązać rąk jakimiś wielostronnymi umowami. I nie
rozumieją też antyrosyjskich obaw części wschodnich państw UE.
Ale ta niechęć do unii energetycznej wynika też z innego bardzo
ważnego faktu. Otóż Unia – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest w
stanie posługiwać się ekonomią w celach geopolitycznych. Geoekonomia
jest obca liberalnym państwom zachodnim, podczas gdy Kreml nie ma
żadnych oporów w tym, żeby podporządkować gospodarkę swojej światowej
polityce. Bo w Rosji wielkie koncerny – nie tylko paliwowe – są
podporządkowane polityce państwa, a nie odwrotnie.
Ileż to jeszcze niedawno słyszeliśmy opinii padających z ust
europejskich mędrców, że Rosja nie wywoła wojny z Ukrainą, że nie zajmie
Krymu, bo byłoby to sprzeczne z jej ekonomicznymi interesami, bo
naraziłaby się na sankcje gospodarcze, odpływ kapitału zagranicznego. A
okazało się, że Władimir Putin sankcji się nie przestraszył, że miał to
wszystko doskonale skalkulowane. Wiedział, że może sobie na wiele
pozwolić, bo społeczeństwa zachodnie na żadne wojny ekonomiczne z Rosją
się nie zgodzą, bo boją się ryzyka nawrotu kryzysu. A skoro wyborcy są
temu przeciwni, to politycy też, bo nie zaryzykują utraty władzy.
Unia Europejska nie jest w stanie poświęcić gospodarki dla
osiągnięcia nawet bardzo ważnych, dalekosiężnych celów politycznych, a
Rosja wręcz przeciwnie. Dlatego Moskwa żadnej unii energetycznej nie
musi się obawiać ani tego, że UE wypowie jej wojnę ekonomiczną. Do
przekroczenia przez Putina „cienkiej czerwonej linii” jest jeszcze
daleko.
www.naszdziennik.pl