Unia nie dla gazu (01 May 2014)
Unia energetyczna UE nie ma szans na realizację – od początku pomysł rzucony przez premiera Donalda Tuska był mrzonką.
Co prawda niektórzy unijni politycy nawet się o tym projekcie wyrażali pozytywnie, nawet zgadzali się z tym, że kraje unijne powinny być mniej zależne od rosyjskich surowców energetycznych, zwłaszcza gazu, ale poza tymi czysto werbalnymi deklaracjami nikt nie posunął się dalej. I nie posunie. Nie ma się też co łudzić, że na zmianę postaw państw UE wpłyną piątkowe rozmowy o gazie między Rosją, Ukrainą a UE.

Unii energetycznej nie będzie, bo nie opłaca się ona największym unijnym gospodarkom, zwłaszcza Niemcom. Berlin, Paryż czy Rzym mają z Gazpromem dobrze ułożone relacje, płacą stosunkowo mało za gaz, mniej niż Polska, więc nie mają interesu w tym, aby szukać jakichś nowych rozwiązań, budować unię energetyczną, oddać kwestie zakupu gazu w ręce Komisji Europejskiej. Nie są tak jak my uzależnieni od dostaw ze Wschodu i nie chcą sobie wiązać rąk jakimiś wielostronnymi umowami. I nie rozumieją też antyrosyjskich obaw części wschodnich państw UE.

Ale ta niechęć do unii energetycznej wynika też z innego bardzo ważnego faktu. Otóż Unia – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest w stanie posługiwać się ekonomią w celach geopolitycznych. Geoekonomia jest obca liberalnym państwom zachodnim, podczas gdy Kreml nie ma żadnych oporów w tym, żeby podporządkować gospodarkę swojej światowej polityce. Bo w Rosji wielkie koncerny – nie tylko paliwowe – są podporządkowane polityce państwa, a nie odwrotnie.

Ileż to jeszcze niedawno słyszeliśmy opinii padających z ust europejskich mędrców, że Rosja nie wywoła wojny z Ukrainą, że nie zajmie Krymu, bo byłoby to sprzeczne z jej ekonomicznymi interesami, bo naraziłaby się na sankcje gospodarcze, odpływ kapitału zagranicznego. A okazało się, że Władimir Putin sankcji się nie przestraszył, że miał to wszystko doskonale skalkulowane. Wiedział, że może sobie na wiele pozwolić, bo społeczeństwa zachodnie na żadne wojny ekonomiczne z Rosją się nie zgodzą, bo boją się ryzyka nawrotu kryzysu. A skoro wyborcy są temu przeciwni, to politycy też, bo nie zaryzykują utraty władzy.

Unia Europejska nie jest w stanie poświęcić gospodarki dla osiągnięcia nawet bardzo ważnych, dalekosiężnych celów politycznych, a Rosja wręcz przeciwnie. Dlatego Moskwa żadnej unii energetycznej nie musi się obawiać ani tego, że UE wypowie jej wojnę ekonomiczną. Do przekroczenia przez Putina „cienkiej czerwonej linii” jest jeszcze daleko.


www.naszdziennik.pl