Jak podkreśla Grzegorz Wiśniewski, w przypadku dotacji
powinno być to wsparcie długofalowe i stopniowo wygaszane, a przede
wszystkim – stabilne i przewidywalne. Dzięki temu Dania, Niemcy czy
Austria wypracowały technologie, które eksportują do innych krajów i
zarabiają na nich.
– Stosowanie dotacji do promocji energii
elektrycznej z odnawialnych źródeł energii jest zadaniem trudniejszym i
nie tak powszechnym, jak w przypadku zielonego ciepła. W Europie
rozwinęły się systemy wsparcia na etapie eksploatacji, a nie inwestycji w
postaci stałych taryf i zielonych certyfikatów. Tam, gdzie są stałe
taryfy dobrze skalkulowane, tam w zasadzie nie powinno być dotacji –
uważa Grzegorz Wiśniewski.
Ekspert przypomina, że Polska stosuje
dwa systemy równocześnie – dotacje i zielone certyfikaty, co
doprowadziło do „patologicznej sytuacji z nadmiernym wsparciem lub
nieskutecznym”.
– Z jednej strony niewielka liczba inwestorów
skorzystała z obydwu systemów wsparcia jednocześnie, choć do końca
ubiegłego roku sam system certyfikatów pozwalał na domknięcie
finansowania np. farm wiatrowych – przypomina ekspert.
Od tego
roku w systemie zielonych certyfikatów wystąpiła nadpodaż i, jak
tłumaczy Grzegorz Wiśniewski, dochodzi do paradoksalnej sytuacji, kiedy
inwestorzy, którzy uzyskali dotacje z regionalnych programów
operacyjnych, rezygnują z inwestycji, bo ze względu na ryzyko dalszego
spadku cen certyfikatów nie potrafią dopiąć budżetu.
– Zarówno z
powodu problemów z pomocą publiczną, jak i efektywnością jestem
sceptykiem, jeśli chodzi o łączenie dotacji z systemem zielonych
certyfikatów ze środków UE w nowej perspektywie finansowej 2014-2020. Co
najwyżej możemy tu mówić o gwarancjach kredytowych do inwestycji
realizowanych w nowym systemie wsparcia proponowanym w projekcie ustawy o
OZE – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Grzegorz Wiśniewski.
Jako odrębny przypadek powinny być rozpatrywane mikroinstalacje o mocy do 40 kW.
– Nie powinno być tak, że prawo energetyczne formalnie lub faktycznie
uniemożliwia rozwój segmentu energetyki prosumenckiej [gdzie prąd może
produkować niemal każdy w swoim gospodarstwie domowym]. Nie możemy
czekać aż politycy dojdą do porozumienia i przygotują jakiś sensowny
system wsparcia. Musimy ruszyć z rozwojem mikroinstalacji za pomocą
dotacji, które następnie będziemy ograniczać po określonym czasie –
uważa prezes IEO.
Długofalowa polityka wynikająca m.in. z
konieczności realizacji celów dyrektywy o promocji OZE powinna sprawić,
że w ciągu kilku lat staną się opłacalne.
– Mikroinstalacje do
produkcji energii elektrycznej, jak domowe systemy fotowoltaiczne czy
małe elektrownie wiatrowe o mocach rzędu 20-40 kW, umiejscowione w
optymalnych lokalizacjach, będą opłacalne już przed 2020 rokiem. Jestem
przekonany, że żadna z instalacji zielonego ciepła nie będzie wymagała
wsparcia po tym okresie, bo są już blisko wyrównania kosztów produkcji i
kosztów alternatywnego zakupienia ciepła lub paliw na zewnątrz –
podkreśla Grzegorz Wiśniewski.
Prawdziwego rynku nie stworzy się
jednak doraźnymi pilotażami czy budową kolejnych instalacji
demonstracyjnych. Aby nastąpiły spadki kosztów, najpierw należy
zainwestować i zaktywizować rynek np. producentów urządzeń, tak by
uzyskać efekt skali. Dopiero wówczas będzie można ograniczyć
intensywność wsparcia. Im wyższa bowiem liczba inwestycji, tym niższe są
jednostkowe koszty przygotowania projektów inwestycyjnych i tańszy
staje się cały łańcuch dostaw urządzeń i usług.
www.cire.pl