ak Pan ocenia wyniki amerykańskiego raportu, który obniża o 20 proc. szacowaną ilość gazu łupkowego w Polsce?
– Żeby wiarygodnie ocenić zasoby gazu łupkowego i innych surowców
naturalnych, należy wykonywać próbne odwierty w obszarach
perspektywicznych, około jednego na 100 km kwadratowych. Polska
niewątpliwie jest regionem perspektywicznym. Problem tylko w tym, czy da
się ten gaz zlokalizować i czy są tzw. punkty koncentracji (ang. sweet
spots). Średnio licencja powinna dotyczyć obszaru o powierzchni tysiąca
km kw., a więc na obszarze 100 km kw. należałoby wykonać co najmniej 10
odwiertów. Tymczasem w licencjach jest wymóg tylko jednego odwiertu
albo, w niektórych przypadkach, nie ma wymogu nawet jednego odwiertu.
Łącznie w Polsce należałoby wykonać ponad tysiąc odwiertów, zaś zrobiono
ich niecałe 50, przy czym tylko w czterech poziomych przeprowadzono
szczelinowanie. Stąd stwierdzenie, że dotychczasowe odwierty nie
spełniają oczekiwań, jest prawdziwe, ale to oczywiste. Gdyby ta ilość
odwiertów już była obiecująca, to znaczyłoby, że mamy jakieś olbrzymie
szczęście. Fakt, że nie jest, świadczy tylko o tym, że należy
kontynuować poszukiwania.
Dlaczego firmy, które otrzymały licencje, nie rwą się do poszukiwań?
– Problem w tym, że rząd podjął bezmyślną decyzję udzielenia licencji
na poszukiwania od razu bardzo wielu firmom na bardzo wielu licencjach
na tak wczesnym etapie poszukiwawczym. Aby firmy podjęły poszukiwania,
muszą otrzymać bardzo dobre warunki finansowe, bo tylko one uzasadniać
będą ogromne ryzyko. Ponieważ rząd żadnej firmy nie może dyskryminować,
posiadacze wszystkich licencji takie warunki musieliby uzyskać. W takiej
sytuacji, gdyby doszło do rozwoju produkcji gazu z łupków, byłoby to
rabunkiem kraju. Należało udzielić kilku licencji, które byłyby kosztem
poszukiwań i zdobycia wiedzy. Gdyby poszukiwania dawały obiecujące
wyniki, za kolejne pobrano by już sporą opłatę. Tak chciał przed 2007 r.
zrobić wiceminister Mariusz-Orion Jędrysek, ale jego polityka po
zmianie rządu nie była kontynuowana, a jego plany zostały zniweczone.
Obecnie prostych rozwiązań już nie ma. Doprowadzenie do tej sytuacji i
jej utrzymywanie wygląda na celową strategię przeganiania wszelkich firm
prywatnych. Ludzie odpowiedzialni za ten stan rzeczy są niekompetentni,
o ile nawet nie bezrozumni.
Jakie jeszcze trudności napotykają potencjalni inwestorzy?
– Na rynku poszukiwań ropy i gazu 20-25 proc. ryzyka zależy od
czynników geologicznych i geofizycznych, tzw. podziemnych, a pozostałe
75-80 proc. to tzw. ryzyka miękkie, naziemne, czyli czynniki dotyczące
otoczenia regulacyjnego: prawnego, ekonomicznego i politycznego. W
Polsce mamy konkretne przykłady rzucania firmom kłód pod nogi. Na
przykład jeżeli pozwolenie obejmuje odwiert do tysiąca metrów, a okazuje
się, że trzeba dowiercić jeszcze 500 metrów głębiej, to firma musi
czekać kilkanaście miesięcy na nowe pozwolenie, ponosząc ogromne koszty
stojącej inwestycji. Nikogo na to nie stać. Jak to ujął ambasador
jednego z krajów, istotnych producentów węglowodorów w Europie,
całościowe ryzyko poszukiwania węglowodorów w Polsce jest większe niż w
Arktyce. Już w lecie 2010 r. ostrzegałem, że Polska „drugą Norwegią”
może nie zostać. Bo Norwegia nie jest Norwegią, dlatego że posiada duże
złoża ropy i gazu, ale dlatego że jest zarządzana przez kompetentny i
patriotyczny rząd, dbający o długoterminowe interesy własnej ojczyzny.
www.naszdziennik.pl