Dlaczego tak dużo płacimy za gaz? (05 May 2013)
BOGUSŁAW RĄPAŁA

Gazprom sprzedaje Polsce swój gaz po cenach najwyższych w Europie. Jednak słono płacą za to nie tylko właściciele domów ogrzewanych błękitnym paliwem czy właściciele samochodów z instalacją gazową. Wysokie ceny gazu mają istotny wpływ na wszystkie gałęzie polskiej gospodarki. Większość sprowadzanego gazu wykorzystywana jest w przemyśle chemicznym. Rachunek jest zatem prosty: wyższa cena za gaz to także droższe nawozy wykorzystywane w rolnictwie, a co za tym idzie droższa żywność. Więcej płacimy praktycznie za wszystko, a więc np. również za lekarstwa.

Przed nami tylko Macedonia

Według opublikowanych niedawno przez rosyjską gazetę „Izwiestia” danych, które rzekomo wyciekły z Gazpromu, więcej niż Polska za gaz płaci tylko Macedonia. Słaba to jednak pociecha, zważywszy na to, że jesteśmy o wiele większym importerem i aż dwie trzecie tego, co zużywamy, sprowadzamy z Rosji. Rocznie Gazprom sprzedaje nam ok. 10 mld m3 gazu. Jak wynika z danych za pierwszy kwartał 2012 r., za tysiąc metrów sześciennych tego surowca płacimy 526 dolarów. Dla porównania: Niemców taka sama ilość gazu kosztuje 379, a Wielką Brytanię 313 dolarów. Dlaczego tak się dzieje?

Gdyby w przypadku Gazpromu o cenie sprzedawanego surowca decydowała odległość jego przesyłu, z pewnością Polska płaciłaby o wiele mniej. Niestety, decydującą rolę w ustalaniu cen odgrywa niezagrożona pozycja monopolisty, jaką w naszym kraju cieszy się rosyjski gigant oraz sympatie polityczne Kremla. Nie przez przypadek Białoruś kupuje rosyjski gaz po cenach najniższych w Europie, płacąc zaledwie 165 dolarów za tys. m3.

– Rosjanie uważają, skądinąd słusznie, że Polska nie ma żadnej alternatywy – wskazuje dr Piotr Naimski, były wiceminister gospodarki w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Zaledwie jedna trzecia polskiego zapotrzebowania na gaz pokrywana jest z zasobów krajowych. Poprawa bezpieczeństwa energetycznego Polski wymagałaby zróżnicowania źródeł i kierunków dostaw gazu. A z tym jest u nas gorzej niż źle. – Dopóki nie zrealizujemy projektów dywersyfikacyjnych i nie złamiemy monopolu Gazpromu, dalej będziemy płacić haracz Kremlowi za rosyjski gaz – podkreśla Janusz Kowalski, członek zespołu ds. bezpieczeństwa energetycznego w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

W 2006 r. rząd PiS podjął decyzję o budowie gazoportu w Świnoujściu. Terminal LNG pozwoliłby na import skroplonego gazu ziemnego drogą morską praktycznie z każdego miejsca na świecie. Jego budowa trwa, chociaż termin ukończenia został przesunięty. – Opóźnienia wynikają głównie z przeciągania decyzji o kontynuacji tej inwestycji przez Donalda Tuska oraz wyboru wykonawcy, który nie daje sobie rady z inwestycją – tłumaczy dr Naimski. Były wiceminister ma nadzieję, że po realizacji tego projektu powstanie sytuacja, w której polska spółka rzeczywiście będzie miała większą siłę przebicia w negocjacjach cen gazu z Rosją.

Znacznie gorzej wyglądają prace nad budową gazociągu Baltic Pipe, które zostały zastopowane przez koalicję PO – PSL na początku 2008 r., kilka tygodni po przejęciu władzy. Powstanie gazociągu, który połączyłby Polskę i Danię, umożliwiłoby transport gazu ziemnego ze złóż norweskich. Janusz Kowalski, który był członkiem Rady Nadzorczej należącej do PGNiG spółki Investgas odpowiedzialnej za budowę tego gazociągu, przypomina, że miał on zostać oddany do użytku już trzy lata temu. – Donald Tusk i Waldemar Pawlak po przejęciu władzy w 2007 r. wstrzymali projekt i w ostatnich pięciu latach nic w tej sprawie się nie wydarzyło. Gdyby gazociąg został uruchomiony na czas, nie musielibyśmy prowadzić negocjacji gazowych z Rosjanami w latach 2009-2010 – podkreśla. Nie ma wątpliwości, że za to, iż Polska kupuje gaz ziemny po cenach najwyższych w Europie, odpowiedzialny jest właśnie rząd Tuska, który swoimi działaniami wzmacnia monopol Gazpromu w Polsce.

Obecnie ceny gazu w ramach kontraktów długoterminowych ustalane są w relacji do cen ropy naftowej. Zdaniem ekspertów, to również powinno ulec zmianie. – Na światowym rynku gazu odchodzi się od tego mechanizmu, a ceny ustala się w oparciu o rynkową cenę gazu w hubach (węzłach) gazowych, czyli punktach obrotu tym surowcem, dzięki czemu są one niższe. Rosjanie bronią się przed tym sposobem naliczania ceny za gaz – wyjaśnia Piotr Naimski.

Biedni płacą więcej

Mimo że jesienią ubiegłego roku polski premier oraz przedstawiciele PGNiG szumnie informowali o obniżkach cen gazu, to jednak rosyjski surowiec nadal płynie do Polski po cenach najwyższych z możliwych. Nie ma się więc czym chwalić. – PGNiG było ostatnią dużą firmą europejską, która uzyskała obniżkę. W tym momencie inne europejskie koncerny znajdowały się już w drugiej rundzie negocjacji obniżki cen z Gazpromem w swoich kontraktach – przypomina dr Piotr Naimski.

PGNiG jest liderem w branży gazowej na terenie naszego kraju. Konkurencja praktycznie nie istnieje. – To powoduje, że tak naprawdę nie ma możliwość liberalizacji rynku dostaw – mówi Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. Nie bez wpływu na wysokie ceny gazu pozostają również administracyjne, gospodarcze i fiskalne działania Skarbu Państwa. – Niebawem nastąpi drastyczny wzrost cen gazu LPG. Będzie on obciążony kosztami związanymi z przechowywaniem zapasów tego surowca. Szczególnie dotkliwie odczują to kierowcy samochodów z instalacją gazową – wskazuje ekonomista. Wytyka również PGNiG zbyt małą aktywność w poszukiwaniu krajowych źródeł gazu ziemnego. W 2012 roku grupa kapitałowa PGNiG wydobyła w sumie ponad 4 tys. mln m3 gazu ziemnego.

To wszystko przekłada się na jakość życia Polaków, którzy są jednym z biedniejszych narodów w Unii Europejskiej. – W relacjach do naszych dochodów koszty utrzymania mieszkania, czyli opłaty za energię elektryczną, gaz itp. należą do najwyższych w Europie. Oczywiście wraz ze wzrostem opłat za energię podwyższeniu ulegają również stawki za czynsz – przypomina Janusz Szewczak. Przełomem z punktu widzenia obniżenia kosztów utrzymania mieszkańców naszego kraju byłoby rozpoczęcie na dużą skalę wydobycia gazu łupkowego. Przekonali się o tym Amerykanie. – Stany Zjednoczone, korzystając z własnego taniego gazu łupkowego, są dzisiaj jednym z najbardziej konkurencyjnych producentów nawozów i tworzyw sztucznych – zauważa ekonomista.

Ceny gazu w USA obniżyły się gwałtownie na przełomie 1999 i 2000 roku. – Wcześniej wahały się od 10 do 12, a nawet 15 dolarów za tysiąc stóp sześciennych (MCF) gazu. Po odkryciu gazu łupkowego ceny surowca spadły poniżej 3 dolarów i w chwili obecnej utrzymują się w granicach 3-4 dolarów za MCF (112-140 USD za 1000 m3) – analizuje dr inż. Jan Krasoń, ekspert w dziedzinie wydobycia surowców energetycznych i mineralnych. Jak podkreśla, korzystają z tego wszyscy – od wielkich zakładów przemysłowych aż po odbiorców indywidualnych. Oczywiście spowodowało to również uniezależnienie się Stanów Zjednoczonych od gazu z zagranicy, a co więcej – to USA zamierzają eksportować swój gaz do innych krajów, w tym do Europy. – Jeszcze przed 20 laty nikt się tego nie spodziewał – przyznaje dr inż. Krasoń.

Niestety, w Polsce szanse na podobny rozwój wydarzeń są coraz mniejsze ze względu na brak przejrzystych ram prawnych dla inwestorów, którzy chcieliby wydobywać gaz łupkowy na terenie naszego kraju. O tym, z jak wielką stratą dla polskiej gospodarki się to odbywa, świadczą liczby: według opublikowanego przez amerykańską Agencję ds. Energii (EIA) w 2009 r. raportu polskie potencjalne zasoby gazu łupkowego mogą liczyć nawet 5,3 bln m3, co przy obecnym zużyciu gazu w Polsce wystarczyłoby nam nawet na 300 lat.

Marnowanie szans

Dalsze uzależnienie polskiej gospodarki od gazu będzie rosło wraz z przyjmowaniem przez Polskę coraz ostrzejszych ograniczeń związanych emisją CO2 zawartych w pakiecie klimatycznym. – Wdrażanie tych przepisów będzie zabójcze dla polskich przedsiębiorstw, ale i społeczeństwa, ponieważ 90 proc. energii pozyskujemy z węgla – zaznacza Janusz Szewczak.

– Polska gospodarka powinna być oparta o własne zasoby naturalne. Innymi słowy – nie powinniśmy zwiększać zużycia pochodzącego z importu gazu ziemnego i zamykać lub też wstrzymywać budowę nowych inwestycji węglowych – podkreśla Janusz Kowalski. A tak się niestety dzieje. W ubiegłym roku koncern Energa SA wstrzymał budowę elektrowni węglowej w Ostrołęce, która miała być największą inwestycją energetyczną na wschód od Wisły. Niedawno zdymisjonowany minister skarbu Mikołaj Budzanowski tłumaczył wówczas, że inwestycję przerwano, ponieważ Energa rozpoczęła pracę nad alternatywnym projektem opartym na gazie. Z budowy dwóch nowych bloków na węgiel kamienny w Elektrowni Opole zrezygnowała również Polska Grupa Energetyczna, tłumacząc się zmianami na rynku energetycznym. – To działania sprzeczne z logiką budowy architektury bezpieczeństwa energetycznego. Odpowiada za to Donald Tusk, który w 2008 r. przyjął niekorzystne założenia dotyczące pakietu klimatycznego. To podcinanie gałęzi, na której się samemu siedzi – podsumowuje Kowalski. Uzależnieniu Polski od dostaw drogiego gazu z Rosji ma służyć również wykup akcji największej polskiej firmy chemicznej Zakładów Azotowych w Tarnowie przez rosyjską spółkę Acron. Tylko tarnowskie Azoty wykorzystują aż 20 procent gazu ziemnego zużywanego w ciągu roku w Polsce.

Prognozy nie brzmią optymistycznie. Eksperci przewidują, że Polakom grożą nawet pięćdziesięcioprocentowe podwyżki cen prądu właśnie dlatego, że polski rząd nie potrafi chronić własnych interesów w zakresie węgla kamiennego. Na dodatek jedna po drugiej marnuje szanse na to, żeby Polacy w końcu płacili mniej za gaz. Zawirowania wokół błękitnego paliwa to dobry przykład na to, jak wielka polityka, a raczej błędy popełniane przez rządzących przekładają się na jakość życia przeciętnego obywatela.

www.naszdziennik.pl