Kraje członkowskie UE pod presją kryzysu redukują subsydia dla OZE, a ich rozwój wspomagany tymi dotacjami zaczyna napotykać również na bariery techniczne rozwoju sieci i rezerw mocy. Jaka będzie przyszłość OZE?
- Problem wsparcia OZE sprowadzany jest czasami do dziwnej sytuacji, w której z jednej strony administracja i inwestorzy są przedstawiani jako obciążający odbiorców dodatkowymi kosztami, a z drugiej strony konsumenci są pokazywani jako strona nierozumiejąca, że to subsydia do czystej energii, rozwoju technologii, czy zmniejszania zależności od importu paliw.
Tymczasem sednem problemów jest to, że w imię szczytnych celów świadomie lub mniej świadomie wybraliśmy takie systemy subsydiowania OZE - zielone certyfikaty i system feed-in-tariffs, które są niestabilne strukturalnie i dlatego muszą spowodować gwałtowne narastanie kosztów. To dzieje się w wielu krajach Europy i także w Polsce. W latach 2008-2011 dzięki dużym subsydiom produkcja energii z OZE w Polsce rosła średnio o 24 proc. rocznie, a obowiązek umarzania zielonych certyfikatów rósł dużo wolniej i w końcu stało się to, co musiało się stać, czyli dochodzi do nadmiaru zielonych certyfikatów, co jak każda duża nadwyżka podaży może spowodować załamanie się cen.
Została podjęta próba wyjścia z tej pułapki poprzez rosnący od 2013 roku obowiązek umarzania certyfikatów. To będzie skuteczne ?
- Rozporządzenie Ministra Gospodarki zakłada wzrost obowiązku umarzania zielonych certyfikatów z poziomu 12 proc. w 2013 roku o 1 punkt procentowy rocznie przez następne kilka lat. Moim zdaniem OZE będą się rozwijały szybciej i problem nadpodaży certyfikatów nie zniknie dzięki zwiększeniu obowiązków umarzania. Większe szanse na okresowe ustabilizowanie systemu wsparcia OZE widzę w projekcie ustawy o OZE, która zakłada zmniejszenie podaży zielonych certyfikatów poprzez ograniczenie wsparcia dla współspalania i energii wiatrowej, dominujących dzisiaj w strukturze produkcji energii z OZE w Polsce.
Lepszym rozwiązaniem jest zmniejszeniem podaży zielonych certyfikatów, niż zwiększanie obowiązków ich umarzania, bo to drugie rozwiązanie jest bardzo kosztowne. W 2012 obowiązek umarzania to 10,4 proc. sprzedaży energii odbiorcom końcowym i na to dajemy 3,5 mld zł dopłat. To oznacza, że 1 proc. obowiązku OZE kosztuje odbiorców ponad 300 mln zł, a więc to jest kosztowny system, który stanowi poważne obciążenie gospodarki. Długoterminowo stabilny będzie tylko taki system wsparcia OZE, który będzie zamknięty, jeśli chodzi o wielkość dopłat i będzie pozwalał działać na konkurencyjnym rynku energii.
Jak taki system mógłby wyglądać?
- System wsparcia OZE powinien mieć z góry ograniczoną ilość pieniędzy na dotacje, bo w systemach otwartych, czyli takich, które teraz funkcjonują, nie można zapanować nad kosztami subsydiów. Poza tym dotacje nie powinny być kierowane na finansowanie działania, czyli produkcji, ale tylko na finansowanie inwestycji, a energia z OZE powinna być zbywana na zasadach konkurencyjnych, tak jak z każdego innego źródła.
Obecnie obydwa stosowane mechanizmy wsparcia OZE, czyli system certyfikatów i feed-in-tariffs separują OZE od konkurencyjnego rynku energii. OZE mogą działać poza rynkiem konkurencyjnym, kiedy ich produkcja jest mniejsza niż 10 proc.
Jeżeli jednak stworzymy mapę drogową rozwoju OZE, tak aby ich produkcja wyniosła 20 proc. i więcej zużywanej energii, to przy istniejących obecnie mechanizmach wsparcia byłaby to mapa drogowa ograniczania konkurencyjnego rynku energii. Jeżeli chcemy mieć w Europie 30 proc. czy 50 proc. energii z OZE to trudno sobie wyobrazić, aby takie ilości energii zbywane były poza rynkiem. Komisja Europejska to zauważa.
Co z tego może wyniknąć w sensie regulacyjnym?
- W jednym ze swoich komunikatów Komisja Europejska jasno konkluduje, że jakąkolwiek postać przybiorą cele w zakresie energii odnawialnej po 2020 r. to muszą one stanowić gwarancję, że energia odnawialna będzie częścią europejskiego rynku energii, przy ograniczonym lecz skutecznym wsparciu w razie potrzeby i dobrze rozwiniętej wymianie handlowej. Do 2020 roku żadne nowe regulacje OZE już jednak się raczej nie pojawią i do tego czasu państwa członkowskie będą robiły w sferze promocji OZE to co same uznają za stosowne. Jeśli miałoby dojść na przykład do harmonizacji wsparcia OZE w UE to sądzę, że przepisy pojawiłyby się 2-3 lata przed 2020 rokiem, bo oczywiście zaskoczenia tu być nie może.
Polityczne zobowiązania w dziedzinie OZE w dużej mierze może wykonać tylko biznes, który zainwestuje jak uzna, że warto i nic dziwnego, że tarcia na tle zmian we wsparciu OZE są silne. Czym to się skończy?
- Faktem jest, że przeciwko zaproponowanemu przez Ministerstwo Gospodarki ograniczeniu wsparcia OZE głośno protestują stowarzyszenie producentów OZE. Emocje są bardzo duże zwłaszcza, ze strony energetyki wiatrowej. Można torpedować lub opóźniać zmiany, ale są one konieczne i to jak najszybciej. Inaczej ceny certyfikatów gwałtownie spadną. Będzie to ze szkodą zarówno dla administracji, jak i dla producentów.
Konieczny jest szybki kompromis dotyczący zmniejszenia ilości certyfikatów. Kryzys zielonych certyfikatów jest testem dla sektora energetyki na to czy potrafi wypracować realny konsensus, czy być może wszyscy dopominając się o swoje, doprowadzą do zapaści systemu na wiele lat. Energetyka odnawialna powinna nieco powściągnąć apetyt na dotacje w imię stabilności systemu wsparcia. Niemniej długoterminowo mogą uspokoić sytuację tylko radykalne działania tworzące zamknięty pod względem wartości system wsparcia OZE.
Systemu feed-in-tariffs zamiast zielonych certyfikatów nie polecam, bo jest on wprawdzie stabilniejszy dla producentów OZE, ale dla podatników jest gorszy, ponieważ są to zobowiązania cenowe na wiele lat. W sytuacji, gdy koszty stają się zbyt duże z certyfikatów można się jakoś próbować wycofać, a w systemie feed-in-tariffs to byłoby niemożliwe.
WNP