|
- Do 2020 roku w Polsce 15 proc. produkowanej energii musi pochodzić z odnawialnych źródeł, jednak nikt nie ma aktualnych statystyk co do całkowitej ilości zielonej energii produkowanej obecnie. Kto w takim razie i w jaki sposób policzy OZE? O trudnościach związanych z liczeniem źródeł energii odnawialnej rozmawiamy z Grzegorzem Wiśniewskim, prezesem Instytutu Energetyki Odnawialnej.
Ze wszystkich rodzajów OZE najłatwiej policzyć jest źródła energii elektrycznej. W ubiegłym roku wszystkie źródła OZE wygenerowały ok. 10 TWh energii elektrycznej (według danych URE - stan na 25 stycznia 2011 r.), co przy zużyciu energii elektrycznej brutto na poziomie 155 TWh (dane szacunkowe PSE Operator) daje 6 proc. udziału OZE, a w bilansie sprzedaży powyżej 8 proc. Jednak i tych informacji nie potrafimy dobrze wykorzystać, dlaczego?
- O źródłach zielonej energii elektrycznej wiemy naprawdę dużo, jednak nie potrafimy tych informacji wykorzystać. Chodzi o to, że informacje powinny być nie tylko weryfikowane, ale też analizowane, przetwarzane i wykorzystane. Potężne zamieszanie jest m.in z liczeniem produktywności i wydajności źródeł zielonej energii elektrycznej, które włączane są do sieci w ciągu całego roku (nieraz w grudniu), a krytycy niestabilnych źródeł w systemie w większości publikacji, dzieląc mechanicznie produkcję przez moc, dowodzą, że ich produktywność jest niska. URE regularnie publikuje dane dotyczące zainstalowanej mocy i produkcji energii, prezentuje je graficznie, ale są one zagregowane, ogólne i obejmują tylko źródła koncesjonowane, przez co umyka nam dziesiątki "rozproszonych" megawatów, a będzie umykało więcej. W Danii np. niemalże każda elektrownia wiatrowa jest monitorowana (jest specjalny rejestr), wiadomo ile produkowała energii, jaką ma moc, kiedy były przerwy. To nie tylko bezkontekstowa informacja, ale wiedza, z której można się uczyć. Nam od tego daleko i nie potrafimy nawet tych skąpych danych, które mamy, wykorzystać, a tam, gdzie nie ma powszechnie dostępnej informacji, jest dogodne podłoże to rozwoju mitów i, dla niektórych uczestników rynku, pokusa do celowej dezinformacji.
Większy problem prowadzenia statystyk jest jednak z zielonym ciepłem?
Nie znamy ani mocy całkowitej, ani wydajności, ani tym bardziej uśrednionej sprawności źródeł zielonego ciepła, a w szczególności biomasy zużywanej w indywidualnych kotłach i kominkach oraz wyprodukowanej z niej energii. Można by to pominąć, gdyby to był margines w statystyce, ale gdy popatrzymy na udziały OZE w zużyciu energii finalnej w statystykach zbiorczych Eurostat (liczonych wg wymogów nowej dyrektywy 2009/28/WE), to okaże się, że lokalne ciepło z biomasy stanowi cięgle 50% zielonej energii. Jeśli chodzi o tradycyjne biopaliwa transportowe, to jest pozornie lepiej. Ale jeżeli spojrzymy na nie szerzej, w duchu nowej dyrektywy, czyli z zieloną energią elektryczną w transporcie i gazem, w którym udziały ma biometan, oraz olejami roślinnymi zużywanymi na własne potrzeby, to także i tu zaczną piętrzyć się problemy.
Wszelkie dane dotyczące zielonej energii powinny być zestawiane i dostępne w jednym miejscu i zamykane bilansem. Tak aby każdy mógł dowiedzieć się, jak wygląda branża OZE w Polsce, by uczyć się jej i poznawać, patrzeć, jakie sektory wymagają wsparcia ze strony państwa. Jeżeli nie zbieramy razem tego typu danych, to nie możemy określić dokładnie trendów branży OZE, nie znamy efektywności zielonych źródeł ani też nie potrafimy określić, czy systemy wsparcia były i czy są efektywne i oszacować ryzyko na tym jeszcze w dalszym ciągu regulowanym rynku.
W jaki sposób w takim razie można policzyć OZE, w skład których, oprócz dosyć sporych jednostek wytwórczych, dochodzą także te mikroźródła, jak np. kolektory słoneczne?
- Do tej pory w tej sprawie w Polsce niewiele zrobiliśmy, w niektórych obszarach prawie nic (produkcja ciepła z biomasy poza systemami ciepłowniczymi), niektóre źródła udało się lepiej policzyć, ale poza systemem oficjalnej statystyki publicznej (kolektory słoneczne i, w pewnym zakresie, pompy ciepła). A są setki sposobów poszerzania i usprawniania statystyk, wszystkie trzeba rozważyć, wybrać najtańszy i najrozsądniejszy. W różnych krajach ten problem rozwiązany został w inny sposób, z wykorzystaniem samorządów lokalnych kominiarzy, instalatorów czy coraz bardziej wszędobylskich systemów GIS oraz monitorowania wydajności reprezentatywnych instalacji. Ale my nie potrafimy wykorzystać nawet gotowych instrumentów. Niedawno był robiony narodowy spis powszechny, to był doskonały moment na weryfikację dotychczasowych szacunków choćby z punku widzenia liczby urządzeń OZE, tak samo jak spis rolny mógłby być nakierowany bardziej na gospodarkę biomasą. Uwzględnienie OZE w tak szeroko zakrojonych badaniach pozwoliłyby określić punkt wyjścia dla Polski do wdrożenia nowej dyrektyw i zobaczyć, ile mocy w ogóle mamy zainstalowanej, jakie jest zużycie urządzeń i, co ważniejsze, dokładniej wyszacować produkcję zielonej energii, bo może się okazać, że do 15% w 2020 roku mamy większą drogę do przebycia niż przypuszczamy.
Wcześniejsze plany dotyczące okresowego liczenia zielonego rozproszonego ciepła, m.in. w projekcie ustawy OZE z 2003 roku, zakładały finansowanie tego typu statystyk zbieranych z poziomu gmin czy nawet sołectwa, spółdzielni oraz wspólnot mieszkaniowych.
Nowej ustawy dotyczącej OZE dalej nie ma, nie ma też nawet debaty na temat m.in. takich, wydawałoby się prozaicznych, uwarunkowań wdrożenia dyrektywy 2009/28/WE. Nie obędzie się też bez zmian w ustawie o statystyce publicznej. Energetyka odnawialna to złożony system, który niestety w aktualnych uwarunkowaniach prawnych trzeba znacznie szerzej, a miejscami głębiej monitorować. Prezes URE będzie musiał dostosować system zbierania i prezentacji danych; nie tylko na potrzeby rozliczania obowiązków przedsiębiorstw i raportowania, ale też, mam nadzieję, jako wiarygodne źródło informacji o rynku. Jeśli chodzi o źródła niesieciowe, potrzebny jest też monitoring sprzedaży i monitorowanie pracy niektórych nowych urządzeń OZE jako referencyjnych. Certyfikowani instalatorzy urządzeń raz na jakiś czas mogliby raportować, ile urządzeń i jakiej mocy zainstalowano, ale nie mamy wdrożonego systemu ich szkoleń i certyfikacji. Największy jednak problem w Polsce jest z biomasą, która także powinna być przynajmniej w pewnym, racjonalnie określonym zakresie, certyfikowana (też ze względu na zrównoważoność środowiskową), a obrót biomasą powinien być znacznie lepiej monitorowany. Aby choć trochę ulżyć w systemowej biurokracji i zmniejszyć koszty, trzeba lepiej, mądrzej wykorzystać obecny system corocznego zbierania danych i uzupełnić go doraźnymi, okresowymi badaniami o charakterze naukowym.
Polska ma obowiązek przedstawienia UE danych dotyczących udziałów OZE w rynkach końcowych, na kiedy określony jest pierwszy termin?
- Pierwszy termin to koniec grudnia tego roku. Następnie regularnie co dwa lata.
WNP
|