Czy świat cierpi na brak energii?Nie. Zasoby energii słonecznej są praktycznie niewyczerpalne, a Ziemia, dzięki najbardziej sprawnym organizmom, jakimi są rośliny, wykorzystuje zaledwie 1 proc. tej energii, podczas gdy pozostałe 99 proc. powtórnie wraca w kosmos. Z drugiej strony zasoby energetyczne w postaci węgla, ropy, gazu i ciepła zmagazynowanego wewnątrz naszej planety praktycznie również znacznie przewyższają potrzeby ludzkości w perspektywie czasu, który możemy określić mianem wieczności. W naszej szerokości geograficznej wraz ze wzrostem głębokości temperatura ziemi wzrasta o 3 st. C na każde 100 metrów. Tak więc na głębokości około 3 km temperatura wynosi około 90 st. C, a na głębokości 10 km kilkaset stopni. Żyjemy więc na powierzchni wielkiego pieca, z którego możemy pozyskiwać energię w nieograniczonej ilości. Problemem są tylko i wyłącznie koszty będące pochodną opracowanych i dostępnych technologii pozyskiwania energii.
Polsce także nie brakuje zasobów energetycznychEnergia to fundament rozwoju gospodarczego i podstawa bezpieczeństwa państwa. To dlatego każdy kraj, który rzeczywiście myśli o niezależności gospodarczej, stara się zapewnić sobie bezpieczeństwo dostaw energii z perspektywą wielu lat. Pod pojęciem bezpieczeństwa dostaw należy rozumieć dwie strategie, niekoniecznie wykluczające się nawzajem. Państwa nieposiadające własnych zasobów energetycznych bezpieczeństwo energetyczne muszą sobie zapewnić poprzez dywersyfikację dostaw zgodnie z teorią rozprzestrzenienia ryzyka w czasie i przestrzeni. Podstawą tak rozumianej dywersyfikacji jest oczywiście nie tyle liczba gazociągów czy też ropociągów, co różnicowanie dostaw od podmiotów gospodarczych i politycznych konkurujących ze sobą. Ewidentnym brakiem myślenia o bezpieczeństwie energetycznym Europy byłoby pełne uzależnianie się od dostaw gazu rosyjskiego. W przypadku tego państwa liczba gazociągów nie ma akurat podstawowego znaczenia. Rosja, prowadząc nieprzerwanie od wielu wieków stabilną politykę wielkomocarstwową i posiadając pokaźne zasoby energetyczne, stara się zapewnić sobie wpływy, a więc i swoje bezpieczeństwo, poprzez uzależnianie innych państw od dostaw własnych zasobów energetycznych. Wydaje się, że powinno to robić każde rozsądne państwo. Polska posiada ponad 14 mld ton węgla kamiennego, a więc ponad 80 proc. dostępnych w obecnych technologiach wydobywczych złóż w skali Unii Europejskiej. Na podobnym poziomie szacowane są również nasze zasoby węgla brunatnego. To gwarantuje rzeczywiste bezpieczeństwo energetyczne Polski i może praktycznie w 100 proc. uniezależnić nas od dostaw zewnętrznych na setki lat. W tym miejscu należy także wspomnieć o polskich zasobach geotermalnych, których zasobność - szacowana przez wysokiej klasy specjalistów z profesorami Julianem Sokołowskim, Ryszardem Kozłowskim i Jackiem Zimnym na czele - przewyższa 150 razy nasze potrzeby. W tej sytuacji węgiel i zasoby geotermalne powinny być głównym punktem zainteresowania Polski jako bazy dla bezpieczeństwa energetycznego kraju.
Dlatego odpowiedź na pytanie, czy Polska cierpi na brak własnych zasobów energetycznych w dostępnych obecnie technologiach, brzmi: nie. Posiadamy własne zasoby energetyczne i powinniśmy prowadzić w ramach realizacji bezpieczeństwa energetycznego kraju politykę uniezależniania się od dostaw zewnętrznych i uzależniania innych państw od własnych zasobów energetycznych.
Polskie szanse na kreowanie niezależnej polityki energetycznejTej szansy nie wykorzystujemy. A są nią nasze i pozostałych państw UE zobowiązania wynikające z konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto. Polska jako jedno z niewielu państw (stron) konwencji klimatycznej wypełnia postanowienia konwencji i z dużą nawiązką spełnia zobowiązania wynikające z protokołu z Kioto. Mieliśmy obniżyć CO2 o 6 proc. w stosunku do roku 1988, a dokonaliśmy redukcji na poziomie 32 procent. Daje to ponad 500 mln ton CO2 do dyspozycji Polski w okresie rozliczeniowym 2008-2012. Byliśmy wręcz w idealnej sytuacji w Unii Europejskiej. My mieliśmy poważne nadwyżki redukcji jednostek emisji, a stara Piętnastka odwrotnie, duży niedobór. Stara Piętnastka, wspólnie się rozliczająca, nie spełnia bowiem warunków protokołu z Kioto. Uzyskała ona dopiero w ostatnich latach redukcję na poziomie około 2 proc. przy zobowiązaniach w latach 2008-2012 na poziomie 8 procent. Powinna więc ponieść konsekwencje finansowe w latach 2008-2012 za brak redukcji w wysokości ponad 1 mld ton CO2. Przestrzegając zapisów protokołu z Kioto, musiałaby zapłacić karę lub też starać się kupić limity, między innymi od Polski. Sytuacja była tym bardziej korzystna, że w pierwszych latach obecnego wieku stara Piętnastka zaczęła w mediach przekonywać wszystkie państwa świata, że antropogenne zmiany klimatyczne są głównym problemem globalnym, a sama UE chce być liderem w procesie redukcji emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Byliśmy więc liderem dla chcącej być przywódcą Unii i mieliśmy pełne szanse osiągnąć korzyści z tej sytuacji.
Walka ze zmianami klimatu czy eliminacja polskiego węgla?Polskie osiągnięcia w ramach realizacji zobowiązań wynikających z konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto dawały szansę rozwoju gospodarczego naszego państwa. Niestety, szansy tej nie wykorzystaliśmy. Ustawą z 22 grudnia 2004 r. o handlu uprawnieniami do emisji do powietrza gazów cieplarnianych i innych substancji zaakceptowaliśmy dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej nr 2003/87/WE z 13 października 2003 r. ustanawiającą w ramach "ratowania klimatu" europejski system handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych. W ustawie tej zobowiązaliśmy się do przyjęcia wewnętrznego, wspólnotowego systemu handlu emisjami w układzie sektorowym (energia elektryczna, ciepłownictwo, produkcja stali, cementu, szkła, papieru itp.), gdzie limity emisji na tę działalność przydziela Komisja Europejska. Na owoce tej decyzji nie trzeba było długo czekać. Na lata 2008-2012 Komisja przydzieliła Polsce limit tak mały, że chcąc produkować, musimy dokupić limity emisji od innych państw UE. Mówiąc obrazowo, przy posiadaniu 500 mln ton nadwyżki redukcji CO2 w ramach protokołu z Kioto w latach 2008-2012, chcąc produkować w tym okresie energię elektryczną, ciepło, stal, cement, papier lub szkło, mamy tylko jedno wyjście - musimy dokupić miliony ton limitu emisji wewnątrz UE. Oczywiście musi to odbić się na wzroście cen w Polsce, za co zapłaci każdy z nas. Paradoksem jest, że dokupić możemy właśnie od starej Piętnastki, która wprawdzie nie wywiązała się ze swoich zobowiązań, ale w tych sektorach, których dotyczy unijny handel emisjami, rezerwy takie można łatwo wypracować. Uwidacznia się tu z jednej strony hipokryzja Komisji Europejskiej, a z drugiej bądź to "dziwna spolegliwość", bądź też indolencja polskich elit rządzących. Okazuje się, że w UE dla "ratowania klimatu" nie liczą się setki milionów ton niewykonanej redukcji przez starą Piętnastkę. Nie liczą się także setki milionów ton dokonanej redukcji przez Polskę. Dla "ratowania klimatu" liczy się natomiast kilkanaście czy też kilkadziesiąt milionów ton, które Polska musi dokupić na produkcję w wymienionych sektorach i to właśnie od państw starej UE. Ponieważ bazą energetyczną dla tych ważnych sektorów gospodarczych w Polsce jest stosunkowo wysoko emisyjny pod względem CO2 węgiel kamienny, a krajowe zapasy tego nośnika energii są tak wielkie, że mogą służyć przez setki lat nie tylko Polsce, ale i całej UE, można postawić tezę, że to nie walka z klimatem, a walka z polskim węglem i próba uzależnienia energetycznego gospodarki polskiej od zewnętrznych dostaw energii jest głównym celem Unii Europejskiej. Wydaje się, że blokada polskiego węgla w UE jest kontynuowana i to pod hasłem zbyt dużej koncentracji CO2 w atmosferze mającej powodować niekorzystne zmiany klimatyczne. Ewidentnym przykładem tego jest wynegocjowany przez rząd polski pakiet klimatyczno-energetyczny. Na wniosek Komisji Europejskiej podjęto decyzję, że do roku 2020 cała UE, a tym samym i Polska, dokona 20-proc. redukcji emisji CO2 do atmosfery. Teoretycznie jest to kontynuacja strategii konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto, którego sygnatariusze, jak wspomniano, zobowiązali się do obniżki emisji gazów cieplarnianych w latach 2008-2012 w stosunku do roku bazowego, który był różny w stosunku do różnych państw. Polska wynegocjowała rok 1988, a państwa starej Piętnastki, chcące rozliczać się wspólnie, rok 1990. W tej sytuacji zaskoczeniem jest to, że Polska zamiast twardo domagać się rozliczenia starej UE z jej zobowiązań i zmuszać ją do poniesienia odpowiedzialności, odstąpiła w pakiecie klimatyczno-energetycznym od roku bazowego z protokołu z Kioto. Zobowiązaliśmy się dokonywać dalszej redukcji emisji CO2 o 20 proc. do roku 2020, z tym że za rok bazowy dla wszystkich państw UE "wynegocjowaliśmy" rok 2005. Z wielką szkodą dla Polski "wynegocjowaliśmy" takie samo traktowanie wewnątrz UE i od roku 2005 nie liczy się zarówno to, że w Polsce dokonała się redukcja na poziomie 32 proc., jak i to, że w Hiszpanii, która w tym czasie korzystała ze środków UE, nastąpił wzrost emisji CO2 o ponad 40 procent. Nie liczy się "przeszłość" i poniesione przez nas koszty. Liczy się "przyszłość" i "solidarnie chroniony klimat", mimo że dalsza redukcja CO2 to dla Polski konieczność albo następnych kosztów związanych z nowymi, niskoemisyjnymi technologiami spalania węgla, albo polityka dalszego uzależniania polskiej gospodarki od dostaw mniej emisyjnych w CO2 źródeł energii, a więc gazu, ropy naftowej czy też energii jądrowej. Zamiast domagać się miliardów euro od tych, którzy nie wywiązali się ze zobowiązań wynikających z protokołu z Kioto, wynegocjowano dla Polski praktycznie dalszą blokadę polskiego węgla. Zgadzając się na pakiet klimatyczno-energetyczny, podtrzymujemy także zapisy traktatu akcesyjnego odnośnie do odnawialnych źródeł energii: zobowiązaliśmy się, że w roku 2020 udział tej energii w ogólnym bilansie stanowił będzie 14,5 procent. Według specjalistów, główną bazą dla odnawialnych źródeł energii w Polsce może być biomasa i geotermia. Ze względu na uwarunkowania geograficzne nie posiadamy bowiem w obecnej sytuacji dobrych warunków dla uzyskiwania energii słonecznej, wodnej czy też wiatrowej. Niestety, biomasa (słoma, odpady drzewne, odpady komunalne) może być skutecznie blokowana przez wynegocjowane przez nas limity CO2, jak i zobowiązania odnośnie do zawartości pyłów w powietrzu. Chcąc spalać biomasę, musimy stosować, podobnie jak przy węglu, najnowsze technologie, co oczywiście musi kosztować i nie może być zrealizowane w tak krótkim czasie. Pozostaje więc geotermia. Specyfiką Polski jest to, że w wielu miejscach na głębokości około 3 km mamy wodę o temperaturze zgodnej z temperaturą ziemi na tej głębokości. Jest więc gorąca woda, którą trzeba przetransportować na powierzchnię ziemi i wykorzystać do celów grzewczych lub też zamienić na energię elektryczną. Po wykorzystaniu energii cieplnej, a więc po schłodzeniu tych wód, należy je na powrót wtłoczyć drugim otworem na tę samą głębokość, z której zostały pobrane.
Nie wykorzystujemy możliwości...Przykładem tego jest głośna sprawa blokowania geotermii toruńskiej zarówno przez Ministerstwo Środowiska, jak i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Pierwsze doprowadziło do zerwania umowy na dofinansowanie tej inwestycji, a drugie nie wydało zgody na zbiórkę publiczną. Nie wiemy więc, czy obecny rząd dąży do wzrostu bezpieczeństwa energetycznego kraju opartego na własnych zasobach energetycznych, czy też odwrotnie - w oparciu o blokadę własnych zasobów promuje uzależnianie państwa od dostaw zewnętrznych, w tym o import technologii nuklearnych z Francji. Francji, która nie posiadając własnych zasobów energetycznych, postanowiła starać się tworzyć swoje bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o rozwój swoich technologii jądrowych i ich eksport do innych państw. Jasno zostało to powiedziane podczas wizyty prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego w polskim Sejmie jesienią 2008 roku. Oczywiście nie można mieć pretensji do głowy państwa francuskiego. Dba on przecież o interes swojego kraju i należy to zdecydowanie pochwalić. Zdziwienie budzić powinna natomiast reakcja rządu PO - PSL, który to z pełnym aplauzem przyjmował wypowiedź prezydenta Sarkozy'ego sugerującą w podtekście blokadę polskiego węgla na rzecz importowanych, francuskich technologii energetyki jądrowej i uzyskania kredytów na budowę elektrowni atomowych w Polsce. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że węgiel i wody geotermalne to potencjał energetyczny Polski stwarzający szanse na bezpieczny rozwój gospodarczy kraju. Polska nie wykorzystuje tych możliwości, mimo że posiada sukcesy i sprzyjają temu podpisane i ratyfikowane takie porozumienia międzynarodowe, jak konwencja klimatyczna ONZ i protokół z Kioto. Zamiast dbać o bezpieczeństwo energetyczne kraju i wykorzystywać w tym celu własne zasoby energetyczne, niweczy własne osiągnięcia i uzależnia się od zewnętrznych źródeł energii, czego ewidentnym przykładem jest decyzja powrotu do budowy elektrowni jądrowych w Polsce.
W tej sytuacji, traktując powyższą wypowiedź jako głos w dyskusji, należy zadać następujące pytania.
1. Dlaczego rząd polski ignoruje prawo międzynarodowe i nie egzekwuje zobowiązań zarówno swoich, jak i pozostałych członków UE wynikających z protokołu z Kioto i konwencji klimatycznej, działając tym samym na szkodę kraju?
2. Na podstawie jakich analiz i prognoz gospodarczych przyjęto pakiet klimatyczno-energetyczny niszczący krajowe bezpieczeństwo energetyczne?
3. Jaki wpływ na decyzję budowy elektrowni jądrowych w Polsce ma brak woli egzekwowania przez rząd krajowych osiągnięć wynikających z konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto? Jaki wpływ na tę decyzję ma przyjęty przez rząd polski pakiet klimatyczno-energetyczny?
4. Co zadecydowało o budowie elektrowni jądrowych w Polsce i jaki wpływ na to ma ignorowanie polskich osiągnięć w ramach konwencji klimatycznej i protokołu z Kioto?
5. Jakie będą koszty budowy elektrowni jądrowych w Polsce i czy głównym celem tych inwestycji nie jest udostępnienie naszego kraju jako miejsca składowania odpadów radioaktywnych w zamian za uzyskane kredyty na budowę tych inwestycji z banków zachodnich?
Uzyskanie wiarygodnych odpowiedzi na postawione pytania pozwoli stwierdzić, czy działalność rządu wyraża dbałość o bezpieczeństwo państwa, czy też jest zdradą stanu.
Profesor dr hab. Jan Szyszko - poseł na Sejm RP z ramienia PiS. Kierownik Samodzielnej Pracowni Oceny i Wyceny Zasobów Przyrodniczych SGGW. Prezes Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski. Minister ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa w rządzie AWS - UW. Minister środowiska w rządzie PiS.
Nasz Dziennik
